Doktorat ze znieczulicy

Już o tym pisałam parę razy, ale trudno. Nie mogę milczeć.

Dziś byłam na krótkim spacerze z dziećmi (krótkim bo zimno i momentami mżyło nieprzyjemnie).

 

 

Byliśmy na ogrodzonym placu zabaw nieopodal klatki schodowej pewnego bloku mieszkalnego. Na ławce siedział  (na oko i ucho) mocno nietrzeźwy mężczyzna, a drugi trochę mniej nietrzeźwy próbował się od niego dowiedzieć gdzie mieszka albo czy przyszedł do kogoś w tej klatce. Nie udało mu się porozumieć i poszedł sobie. Po chwili obiekt mojej obserwacji spadł z tej ławki i legł na chodniku. Nie potrafiłam nic nie robić. Zadzwoniłam w te pędy do mojej ulubionej straży miejskiej (ależ mnie tam muszą nienawidzić – dzwonię notorycznie nawet w sprawie jeży – o ile ktoś pamięta jeszcze :)). Pan leżał bez ruchu, a czasem coś mamrotał. Obserwowałam przechodzących ludzi. Zdecydowana większość odwracała głowę lub patrzyła krótko przechodząc dalej. Jeden młody chłopak podszedł zmierzył mu puls (to był moment kiedy leżał cicho i bez ruchu). Gdy ten młody człowiek dotknął szyi leżącego, ten ostatni zaczął mamrotać. Chłopak obszedł go, zastanowił się i poszedł w swoją stronę. Potem dziewczynka około 10 lat postała nad nim, pomedytowała i też poszła dalej, kilka razy oglądając się za siebie. Po tych dwóch osobach widać było,  że nie potrafią przejść obok całkiem obojętnie, ale też nie wiedzieli co by tu zrobić.

Po 9 minutach przyjechali strażnicy. Zaczęli z panem negocjować. Potem kontakt się urwał. Mężczyzna przestał reagować. Potem zaczął się gramolić, ale nie mógł wstać. Panowie strażnicy byli nieskazitelnie grzeczni. Widać wezwali pogotowie, bo za kilka kolejnych minut przyjechała karetka na sygnale. Coś jednak musiałoby być nie tak ze zdrowiem tego pana, poza upojeniem.

Dlaczego ci ludzie mijali go bez słowa i gestu? Przecież każdy ma telefon przy sobie. Tylko tyle: jeden telefon na policję czy do straży miejskiej. I już. Nie trzeba nic więcej. Można tak bez skrupułów zostawić leżącego człowieka na chodniku? W taki ziąb? I nie ma się wyrzutów sumienia? Nie rozumiem tego…