Kwestia zaufania

Kwestia zaufania wypływa w każdej rozmowie z członkami rodzin osób uzależnionych a także w rozmowach z samymi uzależnionymi. Nie muszę szukać daleko. Wczoraj rozmawiałam z tatą pewnego nastolatka, który stwierdził, że każde wyjście syna na pole, on i jego żona okupują niesamowitym lekiem, że tym razem jednak się złamie i wróci naćpany.

Problem zaufania w rodzinach gdzie występuje uzależnienie jest często jednym z zarzewi konfliktu. Rodzina uzależnionego zawiedziona w swoim zaufaniu i nadziejach tysiąc razy, bardzo często nie jest w stanie zaufać tysiąc pierwszy raz, nawet gdy alkoholik (lub uzależniony od czegoś innego) przestaje właśnie używać i jest z tego bardzo dumny. Osoba uzależniona oczekuje (w sposób nieuświadomiony) dość często oklasków, głasków i innych dowodów uznania. A tu okazuje się, że wszyscy patrzą podejrzliwie kiedy dobre się skończy, obwąchują jawnie, lub dają całuski węsząc jednocześnie w powietrzu, albo wpatrują się natrętnie w oczy itp. Każde spóźnienie jest w stanie wywołać karczemną awanturę, gdyż rodzina oczekiwała na spóźniającego się w stanie coraz większego napięcia wyobrażając sobie coraz plastyczniej kolejne ekscesy i oczekując telefonu lub wizyty policji itp. Gdy delikwent staje w drzwiach spóźniony ale trzeźwy najczęściej napięcie znajduje ujście w awanturze i wypominaniu przeszłości. To nie jest prosta sytuacja.

Według moich wieloletnich obserwacji zawodowych zaufanie wraca samo po stosownym czasie. Ale nie dzieje się to szybko. Traciło się je bardzo długo i zbyt wiele razy zostało podeptane kolejnym zapiciem (ćpaniem/graniem itp.). Teraz zaś trzeba czasu aby rodzina przyzwyczaiła się do trzeźwości. Jeśli zaś ktoś z członków rodziny nie radzi sobie z napięciem czasem wskazane jest aby sięgnął po pomoc terapeutyczną. To bardzo ważne aby poradzić sobie z własnymi lękami, stresem i poczuciem krzywdy oraz zdobyć wiedzę jak postępować z osobą uzależnioną aby czuć się najbardziej komfortowo i postępować optymalnie dla całej rodziny.

Kwestia zaufania w terapii prowadzi do kolejnych zagadnień. Osoba uzależniona musi uzbroić się w cierpliwość i wziąć na siebie odpowiedzialność z utracone zaufanie. To prowadzi do pokory i szczerości wobec siebie, do usuwania mechanizmów obronnych i brania choroby (i swojego postępowania) taką jaka jest. Taka postawa przyśpiesza powrót zaufania, zwłaszcza gdy osoba uzależniona umie coraz szczerzej i otwarcie rozmawiać z członkami rodziny.

Jeśli mnie kochasz

Dawno nie było żadnego branżowego wpisu. Podczas słuchania muzyki natknęłam się ostatnio na zapomniany kawałek Evanescence „Call me when you’re sober” (Dzwoń do mnie gdy jesteś trzeźwy).

Tekst, który nasunął mi potrzebę napisania tej notki w tłumaczeniu na polski brzmi tak (tłumaczenie ze tekstowo.pl):

Nie płacz za mną,
Gdybyś mnie kochał,
Byłbyś tu ze mną.
Chcesz mnie?
Chodź, znajdź mnie.
Zdecyduj się…

Czy powinnam pozwolić Ci upaść?
Stracić wszystko?
Może wtedy byś się opamiętał… 
Nie potrafię przestać wierzyć,
Ale tylko się oszukujemy ,
Mam już dość tego kłamstwa, spóźniłeś się.

Nie płacz za mną,
(…)

Nie mogę wziąć winy na siebie, 
Byłabym chora ze wstydu. 
Przegranie swojej własnej gry musi być wyczerpujące. 
Samolubnie znienawidzony, niewątpliwie znudzony, 
Tym razem nie będziesz grał ofiary, 
Spóźniłeś się.

Nie płacz za mną,
(…)

Nigdy nie dzwonisz do mnie, kiedy jesteś trzeźwy,
Teraz chcesz tego tylko dlatego, że to już koniec… 
To koniec… 

Jak mogłam spalić raj?
Jak mogłam? Nigdy nie byłeś mój!

Więc nie płacz za mną!
Gdybyś mnie kochał,
Byłbyś tu ze mną.
nie kłam mi.
Po prostu weź swoje rzeczy,
Zdecydowałam za Ciebie.

Osoby, które są w związku z osobą uzależnioną od substancji psychoaktywnej bardzo długo nie rozumieją co się dzieje. Próbują próśb, gróź, szantażu, odwracania uwagi. Nic nie skutkuje. Pojawia się myśl o własnej nieudolności, kryzys wiary we własne możliwości i atuty oraz myśl „nie kocha mnie”. Bo gdyby kochał (kochała) to przecież bez żadnego trudu zostawiłby (zostawiłaby) narkotyki czy alkohol. To nie takie proste. Po pierwsze osoba uzależniona ma poważne problemy z prawidłowym odczuwaniem emocji. Emocje są rozchwiane, pełne sprzeczności i mocno wiążą się z tym czy akurat substancja psychoaktywna działa czy właśnie przestała działać. Skoki nastroju są niewiarygodne: od nienawidzę cię, odejdź, nic nas już nie łączy do kocham cię, przepraszam, zostań. I to wszystko w ciągu kilku minut. Egoizm i egocentryzm także utrudnia prawidłowe nazywanie i przeżywanie uczuć. Po drugie jednak miłość i przywiązanie faktycznie w większości przypadków istnieją, ale nie jest ani trochę wystarczającym motywem do zaprzestania zażywania. Zresztą utrata kontroli nad używaniem jest jednym z głównych objawów chorobowych. Powiedzenie: „jeśli mnie kochasz przestaniesz kaszleć” jest tak samo skuteczne jak „jeśli mnie kochasz przestaniesz pić”. Kaszleć przestajemy gdy znikną bakterie albo wirusy albo czynniki alergizujące, a nie z miłości. Pić czy ćpać przestaje się gdy nieznośne cierpienie i straty z powodu uzależnienia przewyższą nadzieje na relaks, przyjemność oraz lęk przed zespołem abstynencyjnym. 

Druga strona medalu osoba kochająca osobę uzależnioną musi się często zdecydować jak tę miłość okazać. Jeśli motorem jej (jego) działania jest miłość to aby odniosła skutek musi być „twardą miłością”. (Inna rzecz, że napędem do działania często są inne emocje niż miłość: chęć odegrania, się, wygrania, potrzeba dominacji. Takie intencje zostaną wychwycone i wojna gotowa). Jeśli ktoś kocha osobę uzależnioną (tak naprawdę) to z miłości pozwoli jej upaść i ponieść konsekwencje jej zachowań. Najtrudniej to przekazać mamom osób uzależnionych. Większość matek jest tak skonstruowana, że będę chronić swoje dzieci, podnosić, ratować. A tu akurat przynosi to odwrotny skutek, bo przedłuża agonię

A więc w bliskiej relacji z osobą uzależnioną najlepsza droga działania to „kocham Cię i dlatego pozwolę Ci upaść tak nisko jak potrzebujesz aby zacząć zdrowieć”. I postawienie sobie i tej drugiej osobie rozsądnej granicy, poza którą już nie ma na co czekać. Tekst powyższej piosenki pięknie mi się w te dywagacje wpisuje.

Dlaczego nie Ty?

Od kiedy pamiętam podczas terapii pada pytanie „Dlaczego ja?”/”Dlaczego mnie to spotkało?”. Pewien bardzo mądry terapeuta, dawno, dawno temu u zarania mojej drogi zawodowej powiedział kiedyś taką ripostę: „No dobrze, zastanów się, ale dlaczego nie Ty”. Coś w tym jest!

Pacjenci zawsze mają taki moment kryzysu, złości, przeklinania. To charakterystyczne dla procesu żałoby. Bo rezygnacja z alkoholu/narkotyków lub poczucia omnipotencji w swojej rodzinie (w przypadku osób współuzależnionych) wiąże się z poczuciem dotkliwej straty. A zatem na początku jest niewiara, że mnie to spotyka, potem złość na kolegów, uzależnionego rodzica, Boga, partnera życiowego czy kogo tam chcecie, a kogo obwinia się w takiej chwili o swój obecny stan i konieczność wyrzeczenia się czegoś istotnego. W ogóle w przypadku osób uzależnionych docierają do człowieka własnego ograniczenia (nie tylko wyrzeczenie się używki, ale także grupy ludzi z którymi się piło / brało). W przypadku osób bardzo młodych takie ograniczenie kojarzy się raczej z apokalipsą. 

Kiedy konieczność przeprowadzenia zmiany w życiu wiążę się z przyparciem do muru (śmierci, zawodowego niebytu, utraty wolności, skraju załamania psychicznego) czyli tzw. dna delikwentowi jest łatwiej uznać, że to konieczne, bo trzeba ratować coś bardzo cennego. Cenniejszego niż wóda / kontrolowanie otoczenia. Ale i wtedy pojawia się jak mantra; „Dlaczego mnie to spotkało?”, „Dlaczego ja?”, „Za jakie grzechy?” itp.

Pogodzenie się z tym, że się jest chorym na ciężką, przewlekłą, śmiertelną (jeśli nie leczona) chorobę jest długim procesem. Podobnie jak pogodzenie się, że tkwi się w chorym i niebezpiecznym układzie i trzeba zacząć zmiany od siebie jest trudne do przełknięcia przez osoby współuzależnione. Według mnie bardzo pomaga takie powieszenie sobie „Ale dlaczego nie ja”. Po prostu tak czasem jest, że chorujemy, cierpimy… Nie ma sensu doszukiwać się przekleństwa czy złośliwości losu. Zresztą powiem Wam w tajemnicy, że są gorsze choroby niż uzależniania. Alkoholik w sumie ma tylko jedno ograniczenie, nazwijmy je dietetyczne, unikać jak ognia alkoholu i wszelkich produktów z jego zawartością. Kropka. Tak mało. I tak wiele. Ale mimo wszystko lepsze to niż cukrzyca czy stwardnienie rozsiane. Bo uzależnienie można łatwo zatrzymać i kontrolować (tak wiem, że słowo łatwo jest tu względne), a tamtych chorób już nie. Porządnie leczone uzależnienie czy współuzależnienie niesie też bardzo pozytywne treści i zmienia optykę patrzenia na życie. Można oczywiście zatrzymać się na etapie użalania nad sobą, złoszczenia na pijących rodziców czy kolegów, wynajdować powody swojego obecnego stanu, ale co to da? Nieprzyjemne emocje, które zakończą swą świadomość w knajpie… 

Może ta choroba czy zaburzenie ma coś Ci dać? Może potrzeba Ci doświadczeń życiowych? Skoro to już się wydarzyło – nie żałuj, podnieś się i idź dalej. I bądź szczęśliwy. Tego co było już się nie cofnie… A wiele dopiero przed Tobą – już innym Tobą :))

Współuzależnienie

Jest taki problem, zaburzenie czy jak to nazwać, które zwie się „zaburzenia adaptacyjne” i ma swój numer statystyczny (z ICD – 10) F.43.2. W tej kategorii mieści się wiele zaburzeń zachowania, nerwicowych i lękowych pojawiających się na skutek narażenia na rozpoznawalny stresor psychospołeczny (który nie ma cech katastrofy). Czyli z polskiego na nasze: osoba, która przebywa w stałym stresie np. związanym ze stałym kontaktem z osobą uzależnioną od alkoholu (bo taka sytuacja mnie w tej notce interesuje) zaczyna lekko lub całkiem porządnie szwankować na zdrowiu psychicznym (a często i fizycznym). 

Głównie dotyczy to najbliższej rodziny, a najlepiej zbadane i opisane jest funkcjonowanie żon i partnerek alkoholika. Sięgając jeszcze do wskazówek diagnostycznych ICD- 10 (wybaczcie mi przynudną teorię) rozpoznaje się u takich osób: nastrój depresyjny, lęk, zamartwianie się (lub mieszanina tych objawów), poczucie niemożności poradzenia sobie, zaplanowania lub pozostawania w obecnej sytuacji, ograniczoną zdolność do radzenia sobie z codziennymi czynnościami. Może także wystąpić skłonność do zachowań gwałtownych.

I znowu tłumacząc z polskiego na nasze: żona czy partnerka alkoholika narażona na stres związany z kłopotami finansowymi, prawnymi, przedłużającymi się nieobecnościami, hospitalizacjami, niespełnianymi obietnicami, agresją, nieustanną huśtawką nastroju, oskarżeniami – zaczyna doznawać objawów zbliżonych do depresji (trudności ze snem, wstawaniem, wykonywaniem obowiązków), przeżywać powtarzający się lęk o przyszłość, oskarżać siebie, że jej mężczyzna pije przez nią (bo jest zła żoną, kochanką, itp.). Do tego dochodzi (albo pojawia się zamiast) płaczliwość, nerwowość, huśtawka nastroju, działania nieracjonalne i powtarzane pomimo nieskuteczności lub pogarszania sytuacji np. rozpoczynanie dyskusji lub kłótni z pijanym, ataki fizyczne na niego, szukanie i wylewanie alkoholu, sprawdzanie, szpiegowanie.

Partnerka (czasem dotyczy to także mężczyzn) na przemian wierzy w zapewnienia i obietnice, wywołuje awantury, każe przysięgać, że to ostatni raz, ratuje ukochanego załatwiając mu zwolnienie, urlop, podając kefir czy załatwiając domowe odtrucie (w zależności od powagi sytuacji z zespołem abstynencyjnym).

Będąc w taki silnym stresie latami łatwo samemu uzależnić się od alkoholu (na stres lub aby zatrzymać chłopa w domu), od leków uspakajających lub nasennych, Pojawiają się objawy psychosomatyczne: bóle nerwicowe, problemy z układem trawiennym, migrena a także inne schorzenia wywołane przewlekłym stresem: nadciśnienie, inne choroby układu krążenia, wrzody. Do tego dochodzi przemęczenie i załamanie układu odpornościowego itp. itd. Oczywiście nie u każdego pojawia się wszystko. Możliwe są różne konfiguracje.

Żeby wyrwać się z zaczarowane kręgu, czasem dopiero po trzydziestu latach, najczęściej potrzeba jakiegoś impulsu, czasem zmęczenia bezskutecznymi metodami. Najtrudniej przekazać takiej osobie, że ma zająć się sobą, nie partnerem. Że on (ona) jest dorosły i ma zacząć ponosić konsekwencje swojego zachowania. Że nie ma co szukać butelek i wylewać alkoholu bo szkoda pieniędzy (alkoholik jak będzie chciał pójdzie po kolejne porcje, znajdzie też lepszą skrytkę). Że nie ma co dzwonić i usprawiedliwiać nieobecności w pracy. Że czas polegać na sobie i znaleźć wsparcie dla siebie, nie nalegać na przysięgi i obietnice tylko konsekwentnie wymagać podjęcia leczenia. Że nie ma co rzucać gróźb na wiatr a ultimatum stawiać tylko wtedy, gdy jest się gotowym spełnić groźbę. Że trucie godzinne i prawienie kazań niczego nie daje. Że posługujemy się faktami. Że…

Najgorzej jest z matkami! I nauczycielkami!

Ale nie ma sytuacji beznadziejnych.

I jeszcze złota zasada dla wszystkich: nie rozmawiamy z alkoholikiem po spożyciu alkoholu na ważne i zasadnicze tematy. A najlepiej w ogóle.