To nie wasz interes (prawny)…

Wczoraj przeczytałam artykuł o zmaganiach Pana Tomasza, który od 4 lat stara się o zaświadczenie z USC o tym, że jest stanu wolnego. Wszystkie kolejne instancje odmawiają mu tego zaświadczenia albowiem Urząd Stanu Cywilnego, do którego się o zaświadczenie zwrócił zorientował się, że ma posłużyć do formalności ślubnych w Hiszpanii. Nie żeby śluby w Hiszpanii były zabronione tak w ogóle. Ale mężczyzny z mężczyzną już tak. To znaczy w Hiszpanii akurat takie śluby są dozwolone ale polski urząd pilnuje aby nasz rodak ślubu nie wziął. Bo w Polsce mu nie wolno, to i w Hiszpanii nie weźmie.

Historia Pana Tomasza (można przeczytać artykuł TU) przypomniała mi własne odczucia gdy starałam się o ślub w naszym USC. Pamiętam jak wytrzeszczałam oczy na kierownika Urzędu Stanu Cywilnego, który pytał nas gdzie się poznaliśmy i jak długo już się znamy. Teraz już nie pamiętam szczegółów (w końcu minęło prawie 10 lat), ale takich pytań było więcej. Wtedy miałam ochotę spytać co go to obchodzi, ale uznałam, że to pewnie do celów statystycznych lub badawczych. I zmilczałam.

Po artykułem o Panu Tomaszu wyczytałam w jednym z komentarzy, że wszystkie te dziwactwa biorą się z konieczności wykazywania interesu prawnego w otrzymaniu zaświadczenia poświadczającego stan faktyczny. Pewnie tak właśnie jest – nie chce mi się wertować jeszcze raz KPA pod tym kątem. Ale na litość dlaczego dotychczas nie zmieniono tych przepisów. Gdy to piszę przypomniała mi się jeszcze jedna sytuacja z mojego życia. Po śmierci taty potrzebowałam aktu urodzenia (nie pamiętam już do czego – do sprawy spadkowej a może do ustalenia prawa do renty rodzinnej, chyba raczej to drugie bo byłam w świeżej żałobie i nie bardzo kontaktowałam). Poszłam po ten akt urodzenia do USC w dość specyficznym nastroju, nie kontaktująca, raczej nastawiona mało życzliwie i chcąca aby wszyscy zostawili mnie w spokoju. A pani jak na złość chciała koniecznie wiedzieć po co mi ten akt urodzenia. Pamiętam, że nawet spytałam czy to nie wszystko jedno. Urzędniczka powiedziała, że nie bo w niektórych przypadkach jest za darmo a w innych się płaci. Wtedy bym chętnie zapłaciła nawet dużo żeby tylko nie mówić po co mi jest i nie rozklejać się publicznie. A może jestem narcyzem i chcę sobie powiesić nad łóżkiem? Myślę, że Urząd Stanu Cywilnego (i każdy inny) powinien tylko poświadczyć stan faktyczny i tyle. Nie wnikając w potrzeby, bo to nie sprawa urzędników.

Żeby zdobyć zaświadczenie o swoim stanie cywilnym oraz miejscu i dacie urodzenia itp. należy wykazać interes prawny w posiadaniu takiego zaświadczenia. Niedawno byłam uczestnikiem rozgrywki między USC a obywatelem idącej jeszcze dalej. Koleżanka musiała wykazać nie tylko interes prawny ale także udowodnić, że jest sobą. Jakiś czas temu rozmawiałyśmy o zmianie nazwiska – opisywałam jej perypetie dotyczące mojej zmiany nazwiska z podwójnego na pojedyncze. Zainteresowała się wtedy czy mogłaby zmienić imię. Od urodzenia nikt nie używał jej metrykalnego imienia, w pracy dobrze ponad 2 lata byłam pewna, że ma na imię tak jak to którego używa, jej wnuki nie wiedzą, że babcia ma inne imię z dowodzie itp. Postanowiła przy okazji przeprowadzki dokonać porządku w dokumentach i przyjąć swoje prawdziwe imię. Ale nie było to proste. Nie wystarczyło zwięzłe podanie z przytoczonymi powyżej faktami. Urzędnicy zażądali dowodów na piśmie w postaci korespondencji sprzed kilkunastu lat (najlepiej urzędowej sic!). No i wydłużenia wyjaśnień na piśmie. W końcu się udało, ale ta ingerencja w prywatne życie człowieka zostawiła niesmak. Po co to?