Przemiana

Kiedy w życiu osoby uzależnionej następuje koniec świata i można już tylko zapić (zaćpać) się na śmierć lub zrezygnować z dotychczasowego życia, zaczyna się przemiana (nie u każdego). Stopniowa przemiana jest warunkiem utrzymania stabilnej i długotrwałej abstynencji (czystości).

Na początku jest słowo abstynencja (czystość) czyli rezygnacja z używania substancji psychoaktywnej, od której dany człowiek jest uzależniony. Etapy dochodzenia do siebie (stan odstawienia, euforia z bycia trzeźwym, faza zniechęcenia i stagnacji oraz faza oswajania się z normalnością) zazwyczaj trwają około roku. Potem Ośrodkowy Układ Nerwowy jest już w dużo lepszym stanie, stan zdrowia powraca zazwyczaj do normy, emocje są ustabilizowane. Piszę tu oczywiście o modelowym przypadku dochodzenia do zdrowia u osoby, której zależy na trzeźwieniu. Ale to nie koniec.

To jest dopiero pierwsza faza przemiany. Na tym etapie człowiek zaczyna poznawać siebie. Poznaje również swoje ograniczenia. Bo niestety nie jest tak jak chciałoby to widzieć wielu coachów i trenerów rozwoju osobistego, że zawsze możemy osiągnąć dowolne marzenie, że wystarczy tylko chcieć i wierzyć 🙂 Nie zawsze jest to takie proste. Są osoby, które doznały traum na tak wczesnym etapie rozwoju, że nie są w stanie (niezależnie od ilości przebytych terapii) stać się osobami wewnątrzsterownymi, budującymi poczucie własnej wartości na przekonaniu o własnych kompetencjach. Nie każdemu powtarzanie do lustra „jestem piękna” pozwoli w to uwierzyć. Są ludzie, którzy będą zawsze czuć się dobrze tylko wtedy, gdy usłyszą to od bliskich. Czy należy zatem rwać włosy z głowy? I dokopywać sobie, że musi być ze mną coś dodatkowo nie tak skoro nie potrafię uwierzyć w mantry. Uważam, że znajomość własnych ograniczeń bardzo ułatwia sprawę. Świadomość „dlaczego” to pierwszy krok do dalszych przemian i zaakceptowania siebie razem z niedoskonałościami. 

Niektórzy ludzie zatrzymują przemianę. Pozornie wszystko jest ok, jest zachowania mechaniczna abstynencja od alkoholu czy narkotyków, ale nie ma spodziewanych efektów w postaci wzrastającej samoświadomości i satysfakcji z życia. Opowiem dwa sytuacje;

1) Dawno, dawno temu chodził do mnie pewien przemiły chłopaczek (celowo piszę zdrobniale, bo i wyglądał na dużo młodszego niż był i był bardzo drobniutki. Używał narkotyków. Nic nie wynikło z naszych spotkań i kiedyś zniknął. Pewnego pięknego dnia stałam sobie na przystanku autobusowym. Obok mnie chodził nerwowo tam i z powrotem młody człowiek. Potężny, wyćwiczony na siłowni. I z napięciem rysującym się na twarzy. Właściwie poznałam go tylko po oczach, które się nie zmieniły. Coś go wyraźnie nurtowało. W końcu zrobił ostatni manewr, wyrzucił nonszalancko papierosa do studzienki kanalizacyjnej i zatrzymał się z impetem przede mną. „My się chyba znamy”. Powiedziałam, że tak, znamy się i wymieniłam jego imię. „Pani mnie jeszcze pamięta? Po trzech latach?”… Dziwne, ale pamiętam ich wszystkich… Zaczęliśmy rozmawiać. Przechwalał się, że przestał ćpać… Ale po chwili rozmowy bardzo posmutniał i powiedział „ale zacząłem za dużo pić”…

2) Pewien nastolatek trafił do mnie po ośrodku terapeutycznym. Po zebraniu solidnego wywiadu, po wielu spotkaniach zrozumiałam, że niczego nie zmienił, że wszystko jest tak jakby dalej brał. Ale z różnych przyczyn wykluczone było używanie przez niego narkotyków i alkoholu. Tryb życia też niby ok. Ale absolutnie żadnych głodów i wszystko takie dziwne… Nurtowało mnie to długo, aż w końcu powiedział, że pije ponad 1,5 litra energetyków dziennie…

Przemiana nie nastąpi jeśli nie zmieni się system rozładowywania i wyrażania emocji, jeśli będą się zmieniać tylko substancje czy czynności wykonywane kompulsywnie. Koniecznymi warunkami trwałej przemiany (według mnie) są: zbudowanie silnych i wspierających relacji z dobrymi ludźmi (naprawa relacji rodzinnych i bliskie przyjaźnie), znalezienie pasji, która nada życiu sens i będzie zdrowym zamiennikiem środków psychoaktywnych, zdrowy tryb życia. Do tego autoanaliza stanów emocjonalnych i adekwatne reagowanie na pojawiające się uczucia, Wtedy możemy mówić o takiej prawdziwej przemianie 🙂

feniks1avatar

Trudny dzień

Wczorajszy dzień był dla mnie bardzo trudny i dziwny. Radość, żeby nie powiedzieć euforia z nowego projektu, którego częścią będę przez jesień, dobre samopoczucie (typowo kobiece) po dwóch akcjach podrywczych na mieście (swoją drogą ciekawe co to jest, że takie powodzenie mam dopiero jako matrona w średnim wieku :P) pomieszało się z goryczą, rozżaleniem, smutkiem. Wczoraj dowiedziałam się pewnej oczywistej prawdy, że nie trafiam i nie będę trafiać do pewnych grup ludzi. Dowiedziałam się, że nie mam właściwych powiązań, nie jestem z Cieszyna. A to oznacza, że wcale mnie nie ma. Wczoraj poczułam się również mocno odtrącona. To poczucie jak najbardziej subiektywne, ale zbudowane na faktach. I obawiam się, że to dopiero początek serii. Bo nowy początek, który wczoraj stał się faktem będzie oznaczał (jak się obawiam) utratę relacji, które uważałam za pewne, oczywiste i podtrzymujące na duchu…

Jestem z innego świata nie rozumiem wielu, oczywistych dla innych, spraw. Uważam, że nawet takie kwestie jak polityka i poglądy na kontrowersyjne problemy nie mogą dzielić ludzi. Zobaczcie co się dzieje np. w kampaniach wyborczych. Każda metoda dobra żeby zdystansować konkurencję. Ale co potem? Gdy kurz bitewny już opadnie pewnych relacji nie da się posklejać. Często padają słowa, sugestie i insynuacje, po których nie chce się już utrzymywać żadnych kontaktów. Czy władza albo poczucie, że moja racja jest „najmojsza” są tego warte? Jak potem  patrzeć w oczy komuś po kim się przejechało czołgiem tylko po to aby postawić na swoim?

Miłego dnia!

Cieszynianka i słoiki

Już miałam tego tekstu nie napisać. Już rezygnowałam. I oto w jednym z portali społecznościowych zobaczyłam dodane przez znajomego zdjęcie z jakiegoś miejsca publicznego w Krakowie, gdzie w toalecie jest napis „Miłym Gościom z obecnej stolicy przypominamy o możliwości umycia rąk”. Jakbym w twarz obskoczyła… I dlatego jednak napiszę…

Możliwe, że to ja jestem przewrażliwiona i taki tekst jak wyżej nic nie znaczy. Ja jednak odebrałam to jak chęć poniżenia. Podobnie jak kiedyś odebrałam żart znajomego, który udostępniał dowcip o tym, że powódź jest dobrą wiadomością bo Warszawiaków wytopiło. Ha, ha. Napisałam wtedy, że jakoś się nie potrafię ubawić, bo w tej paskudnej Warszawie została choćby moja siostrzenica z maleńkim dzieckiem. Tak, wiem – z pewnością nie mam poczucia humoru. W ogóle w tej sytuacji i tej dzisiejszej dostrzegam niechęć do Warszawiaków (i nie przekonuje mnie twierdzenie, że to tylko żarty). A dyskusja o takich żartach sprowadza się do tego, że Warszawiacy są nadęci, niewychowani, skąpi i w ogóle okropni. No wypisz wymaluj – ja!

Dlaczego do tego tekstu przymierzałam się już wcześniej? Z dwóch powodów. Oto dwa dni temu głośno zrobiło się w lokalnych portalach o pewnym stowarzyszeniu. Nie tylko dzięki artykułom informacyjnym, które masowo pojawiły się w tym samym czasie. Uwagę mieszkańców naszego miasta zwrócił też ten tekst opisujący stowarzyszenie: Stowarzyszenie (…) zostało założone przez rodowitych mieszkańców miasta, dla których najważniejszą wartością jest właśnie Cieszyn i jego dobro.” Na marginesie – właśnie odkryłam na stronie stowarzyszenia zmianę tej preambuły na taką: ”Stowarzyszenie (…) zostało założone przez rodowitych mieszkańców Cieszyna, co nie znaczy, że miejsce w stowarzyszeniu jest zarezerwowane tylko dla nich.” Ale w pierwszej chwili, gdy preambuła była jeszcze taka jak poprzednio rozgorzały dyskusje: co to znaczy rodowity cieszyniak, jak to wykazać i czy taki urodzony w szpitalu śląskim jest lepszy czy nie. Przyznam, że i mnie się zrobiło przykro i poczułam się gorsza. Poczułam, że te 10 lat ścisłego związku z Cieszynem nie jest jednak najistotniejsze i ani promocja miasta, jaką staram się robić, ani codzienna praca na rzecz mieszkańców miasta nie jest aż tak istotna jak to, że nie jestem stela. Pierwszy raz poczułam, że stela nie jestem. I bardzo mnie to dotknęło. Bo ja kocham Cieszyn, czuję się tu jak u siebie, robię wszystko aby to miasto rozkwitło. Jestem cieszynianką!

Tak, stanowczo kocham Cieszyn!


I jeszcze jeden powód tego tekstu. Kilka dni temu trafiłam na artykuł o „słoikach”. O pogardliwej nazwie nadanej przyjezdnym mieszkańcom Warszawy, którzy na weekendy czy z okazji świąt jadą do domu po wałówkę czy w ogóle ludziom nie ze stolicy. Pod artykułem rozgorzał spór o to kim jest „słoik” – czy to w ogóle jest termin obraźliwy i o to dlaczego istnieje. Ano ludność z innych miejscowości śmieci, płaci podatki u siebie i nie umie się zachować. Jednym słowem zasłużyli sobie na „słoika” i koniec.

W tym wszystkim widzę wspólny mianownik, możliwe, że nie we wszystkich przypadkach trafnie – niechęć do obcych (z określonej lokalizacji lub w ogóle) lub/i poczucie wyższości wobec innych. Odrzuca mnie to. Nie podoba mi się poniżanie kogokolwiek z jakiegokolwiek powodu – w tym przypadku z powodu miejsca zamieszkania / pochodzenia. 

Ja dostaję z każdej strony: w Krakowie jestem prostaczką, która nie umie umyć rąk, w reszcie kraju bogatą, nadętą snobką, u siebie obcą, nie stela (no i z miasta, które należałoby zatopić). Gdybym jeszcze pojechała do rodziny w odwiedziny to jest szansa, że i „słoikiem” bym zarobiła. I tak się dzieje dopóki jestem symbolem – kobietą pochodzącą z Warszawy. Ale mnie – żywej jednostce nikt nigdy nie dał mi odczuć, że mam umyć ręce, wynosić się do siebie itp. Ba, twardzi górnicy i inne chłopiska stela dają się „naprawiać”…

To może pamiętamy, że za każdym symbolem i statystycznym obiektem żartów stoją ludzie, a stereotypy często mogą zagrozić podjęciu dialogu i dostrzeżeniu tego człowieczeństwa. I nie poniżajmy innych ludzi. Nawet jeśli poczujemy się lepiej. To będzie gorzkie lepiej i lepiej na krótką metę. Jeśli nie z powodów moralnych to ze zdrowej obawy przed spiralą wyzwisk, wzajemnej niechęci i brakiem porozumienia.

Dyskusja

Powoli wracam do żywych po krótkiej acz gwałtownej niedyspozycji żołądkowej. Została mi już tylko pewna słabość, ale aż rwę się do pisania. Miałam napisać tę notkę zaraz po poprzedniej, bo natchnęła mnie dyskusja jaka się wywiązała po niej. Ale nie dałam razy przez ostatnie dwa dni już niczego pisać. Nadrobię to sobie teraz.

Dyskusja według słownika języka polskiego to ustna lub pisemna wymiana zdań na jakiś temat mająca prowadzić do wspólnych wniosków. W tym jednak przypadku moja definicja tego słowa będzie bliższa tej z wikipedii:

„jeden ze sposobów wymiany poglądów na określony temat, opartych na argumentach, prowadzona w gronie dwóch lub więcej osób. Dyskusja może mieć formę ustną  lub pisemną. W wyniku dyskusji dochodzi do ścierania się różnych poglądów związanych z różnymi punktami widzenia osób prowadzących dyskusję. Określenie zbieżnego (wspólnego) stanowiska, o ile do tego dojdzie, może mieć formę kompromisu lub konsensusu”.

Tytułowa apostazja z poprzedniej notki jest tematem kontrowersyjnym wywołującym silne emocje. Ludzie często zajmują wobec niej skrajne postawy (podobnie jak w przypadku innych tematów: aborcji, eutanazji, kary śmierci itp.). Jestem dumna, że rozmowa pod poprzednią notką przyjęła taki kształt jaki przyjęła. Z pewnym wyjątkiem. Ale to i dobrze, bo łatwiej mi będzie napisać o co walczę od lat. Mianowicie uważam, że każdy pogląd nawet skrajny można wyrazić w odpowiedniej formie posiłkując się argumentami. Natomiast źle jest jeśli człowiek będący pewny swojej racji zaczyna używać obraźliwych epitetów. Bo personalny atak lub atak na kogoś / coś istotnego dla innej osoby wywołuje niemal z automatu chęć rewanżu, wyzwala silne emocje, powoduje, że rozmowa przybiera formę walki. Uważam też, że nic nie usprawiedliwia używania obraźliwych epitetów np. uogólniających wszystkich z danej grupy. Dlaczego? Bo zazwyczaj w każdej grupie są i dobrze i źli, mądrzy i głupi, wysocy i niscy – zgodnie z rozkładem normalnym (Gaussa) ze statystyki matematycznej. A więc w każdej grupie zawodowej będzie odrobina czystych jak śnieg ludzi, troszkę więcej dobrych z drobnymi wykroczeniami, dużo ludzi przeciętnych, którzy są dobrze, ale i mają za uszami, mało występnych z przebłyskami dobra i odrobina zepsutych do szpiku kości. Nie wiem czy mi ten przykład wyszedł (jest się do czego przyczepić) ale myślę, że mnie rozumiecie.

Wracając zaś do dyskusji – silne emocje nie są najlepszym doradcą. Wiem na własnej skórze i Wy wiecie, bo zdarza mi się reagować impulsywnie na coś co wydaje mi się, że zostało napisane. Ale mozolnie uczę się nie reagować natychmiast. I to przynosi skutek. Staram się jak mogę posługiwać prawdziwymi argumentami bez obrażania personalnie rozmówcy czy też innych osób, które mogą być ważne dla rozmówcy.

Ograniczam ekspresję? Tłumię instynkty? Powinnam mieć gdzieś uczucia innych skoro uważam, że mam rację? Ja uważam, że nie. Po dyskusji nadal chcę mieć dobre relacje z uprzednimi dyskutantami, nie chcę więc obrażać ani ich ani bliskich im idei czy ludzi. I chcę także już po całej zawierusze, ot choćby tu na blogu, nadal móc patrzeć sobie w oczy gdy zmywam wieczorem makijaż. Nie chcę unikać patrzenia sobie w oczy. 

Jestem dumna z rozmów jakie tu prowadzimy. Nawet ta o apostazji była przykładem wręcz salonowej wymiany zdań w porównaniu do innych portali, blogów, komentarzy pod artykułami. Pielęgnujmy to bo to wartość. Rozmawiajmy ze sobą pokazując jak się różnimy, jak inaczej widzimy świat. Stwórzmy jak najwięcej miejsc, gdzie ludzi się łączy a nie dzieli. Możemy się lubić mając przeciwne zdanie na apostazję, politykę i inne takie kontrowersyjne sprawy. 

Przemyślenia

Dziś trzy różne części sprowokowane komentarzami i wydarzeniami.

*

Niedawno jeden z moich znajomych skomentował link o eksperymencie, w którym pokazano, że osoba ubrana w elegancki garnitur otrzyma nawet większe kwoty niż o nie prosi (nie ma drobnych na kawę) niż osoba ubrana w przepocony podkoszulek (osoba wyglądająca na bezdomną nie dostała ani grosza). Komentarz sens miał taki, że dawajcie te drobne proszącym nawet jeśli je wydadzą na piwo, bo każdy taki uczynek będzie policzony. Brzmi nieźle i wiem, że intencje komentującego są dobre – bo to bardzo dobry i przyzwoity człowiek. Ale… Myślę i myślę nad jego słowami. I po raz kolejny dochodzę do wniosku, że nie dam na piwo czy wino, bo bym mnie pokręciło. Mogę podejść do sklepu i kupić jedzenie czy bilet, ale kasy nie dam gdy mam uzasadnione podejrzenie (lub wręcz deklarację), że to na alkohol. Nie potrafiłabym się przyczynić do rozwoju śmiertelnej, przewlekłej i wyniszczającej choroby. Nie chcę! Nie przyłożę ręki do deliriów, białych nocy, rozpaczy rodzin, pogłębiania się chorób somatycznych. Nie zrobię tego nawet jednym łykiem piwa czy wina… Mimo że wiem jak bardzo ten łyk potrafi być pożądany, a może właśnie dlatego…

**

Druga sprawa: pod ostatnią notka pojawiły się słowa „pomaganie na siłę”. Nie da się pomagać na siłę. Prawdziwe pomaganie wymaga taktu, dyskrecji, pokory i celu innego niż podkarmienie własnego poczucia wartości. Pomagając należy mieć na uwadze to, że być może osoba, której pomogliśmy już nigdy nie zechce nam spojrzeć w oczy (ze względu na wstyd, upokorzenie własną niemożnością czy słabością). Pomaganie to także  (w zdecydowanej większości) próba uaktywnienia zasobów własnych tej osoby, która pomoc przyjmuje. To nie może być tylko osławiona ryba (nie cierpię tego porównania o czym już kiedyś pisałam). Od dostawania ryb łatwo się uzależnić, ale co potem… Pomaganie to rzetelność, odpowiedzialność i wyraz miłości (a przynajmniej jako takiej sympatii) do rodzaju ludzkiego. Ja to tak rozumiem i widzę. Pomoc z łaski czy dla poprawy własnego nastroju nie spełni swojego zadania. Ta druga osoba zostanie potraktowana jak przedmiot…

***

I ostatnia sprawa. W Cieszynie od kilku dni został ujawniony problem odkopywania, a w końcu i próby zniszczenia schronu bojowego, który równo 75 lat temu zbudowano na terenie Cieszyna. Przetrwał wiele m.in II Wojnę Światową ale oto 8 sierpnia ekipa budowlana miała zacząć niszczenie stropów. Już dobrych kilka dni wcześniej mieszkańcy alarmowali, że zaczęły się pospieszne prace przy bunkrze – został całkowicie odsłonięty i odkopany. Krzysztof Neścior (założyciel Muzeum 4 Pułku Strzelców Podhalańskich oraz Sekcji Militariów przy Cieszyńskim Klubie Hobbystów, patriota, uczestnik interwencji wojsk NATO w Kosowie jako dowódca drużyny w plutonie rozpoznawczym, a swoją służbę został odznaczony przez sekretarza generalnego NATO medalem ”In Servis Peace and Freedom”)  od lat starał się aby obiekt został zabezpieczony. Nie udało się aż do dnia 8 sierpnia, kiedy zainteresował się problemem wicewojewoda śląski.  Po interwencji głównego konserwatora zabytków w Katowicach wstrzymano prace rozbiórkowe. Około godziny 14 tego dnia kierownik budowy powiedział mi, że „skąd znowu oni niczego tu nie niszczą, a w ogóle to wcale nie jest zabytek”. Na szczęście dziś  bunkier został wpisany do rejestru zabytków. Działalność Pana Krzysztofa oraz kilku innych zaangażowanych współpracowników oraz sporej grupy mieszkańców Cieszyna przyniosła pozytywne zakończenie. I to po raz kolejny uświadamia mi, że aby uzyskać spodziewany efekt trzeba rozpocząć działania, najlepiej w grupie innych osób mających ten sam cel. Zamiast siedzenia i narzekania :))


P.S. Konkurs na świadczenia usług rehabilitacyjnych dla dzieci z całościowymi zaburzeniami rozwoju został rozpisany przez NFZ, OREW złożył stosowne dokumenty i teraz czekamy na rozstrzygnięcie. Można? Można!

Nie udało się

Mój Starszy Zajączek znowu zachorował, mam wiele, wiele i jeszcze raz wiele obowiązków, a „urlop” idzie nam jak po grudzie ze względu na pogodę i chorobę. Dodatkowo jestem nabuzowana z różnych przyczyn. Wobec powyższego wyszłam na szybką przebieżkę z aparatem żeby się wyciszyć i nabrać proporcji oraz dystansu. Idąc łąkami, polami i wykrotami (jak dobrze, że mam je pod ręką) spotkałam idącego na przeciw mnie człowieka. Byłam zafascynowana obfotografowywaniem motylka więc i na człowieka nie zwróciłam szczególnej uwagi. W uszach miałam słuchawki i słuchałam sobie ulubionej muzyki. Ale akurat traf chciał, że muzyka zamilkła, gdy osoba ta mnie mijała (szła wolno i niezdecydowanie rozmawiając przez telefon). Usłyszałam parę słów, które powiedziały mi, że dzieje się coś złego w życiu tego człowieka. Minęliśmy się jednak i rozeszliśmy w przeciwna strony. Gdy wracałam z mojej włóczęgi, spotkałam tę osobę drugi raz. Siedziała na łące (ale blisko cywilizacji) pogrążając się w smutku (żeby nie powiedzieć rozpaczy) i beznadziei. Przeszłam raz, przeszłam drugi (z dala, nie przeszkadzając). Miałam już wracać do domu, ale powiedziałam sobie, że nie zapomnę, ani się nie uspokoję jeśli nie podejdę… Zawróciłam i spytałam czy mogę w czymś pomóc. Nie mogło być innej odpowiedzi. „Nie” wystrzeliło jak pocisk. Też bym pewnie chciała być sama. Upewniwszy się, że nic tu po mnie, odmaszerowałam.

 

Czy faktycznie mogłam coś zrobić, w czymś pomóc, czemuś zapobiec? Pewnie nie. Ale gdybym sobie poszła bez pytania do teraz czułabym niepokój. Nadal go czuję, ale inny. Coś zrobiłam, spróbowałam, nie minęłam bez słowa. Z tego jestem zadowolona. Choć być może wyszłam na wścibską jędzę lub naraziłam się na śmieszność jak wtedy gdy pod sklepem osiedlowym  zapytałam dyszącego straszliwie faceta, który zgiął się w ukłonie czy wszystko w porządku. Myślałam, że się dusi, a on tylko uprawiał jogging :))

Mam nadzieję, że tej osobie wszystko się poukłada. Jutro też jest dzień…

A czemu o tym piszę? Może jak chcą niektórzy jestem tak zadufana w sobie, że lubię się sobą zachwycać… A może dlatego, że to wcale nie łatwo odrzucić społeczne okowy i zareagować, wbrew nauce, że nie należy się wtrącać… Może dlatego, że ja uważam, że należy… Ten mężczyzna od joggingu był wdzięczny, że się zainteresowałam jego „duszeniem się”. Powiedział, że tak rzadko ktoś zwraca uwagę na drugiego człowieka… No właśnie! Wcale się nie śmiał z mojego występu…

Kolorowych snów 🙂


Egoizm szkodzi…

Wczoraj dyskutowałam internetowo z pewną bardzo mądrą osobą i w tej rozmowie padło coś na temat tego, że jak będzie ciepło to ludzie będą narzekać, że jest ciepło. Przypomniały mi się moje przemyślenia na temat deszczu i egoizmu. No i jak to jak wypłynęłam dalej na szerokie wody psychologiczno – filozoficzne.  Kilka tygodni temu zdałam sobie sprawę, że wielu ludzi oczekuje, że nie będzie padało ze względu na własną wygodę i przyjemność. Trzeba nosić parasol, moknie się, co niektórym (jak mnie) włosy się defasonują itp. itd. I byłabym skłonna przyłączyć się do ludzi wyrażających głośno radość z tego, że dawno nie padało i nadzieję, że nie będzie padać nadal, gdyby nie jeden haczyk. Do niedawna na naszym terenie była straszna susza. Jesień przyniosła bardzo mało deszczowych dni, zima – tylko kilka śnieżnych, w czasie przedwiośnia nie padało wcale… Dla własnej wygody powinnam się cieszyć, że mogę hasać po łąkach i lasach bez ograniczeń. Ale na dłuższą metę patrzenie tylko na własnych interes może się źle skończyć. A gdyby tego deszczu nie było dalej?

(Zdjęcie poniżej jest z 20 stycznia – do tej pory pamiętam ten deszcz bo od bardzo długiego czasu był pierwszym).


Jeśli patrzy się tylko przez pryzmat własnej wygody, a nie patrzy się na potrzeby większej zbiorowości można się w końcu nieźle przejechać. W przypadku deszczu (oczywiście to tylko dywagacje teoretyczne, bo przecież nikt na deszcz nie ma wpływu) można się cieszyć suchymi ubraniami i elegancką fryzurą, ale później można doświadczyć wysokich cen na owoce i warzywa lub nawet głodu.

Patrzenie jedynie na własny czubek nosa docelowo powoduje osłabienie ciepłych uczuć z innymi ludźmi i skutkuje kiepskimi relacjami z nimi. Wiem, że są tacy, którzy się tym w ogóle nie przejmują, ale prędzej czy później to wypłaca. Np. nauczenie dzieci patrzenia tylko przez pryzmat własnych potrzeb często prowadzi do tego, że później dzieci wyniesioną naukę praktykują na rodzicach i innych członkach rodziny. Według mnie to się nie opłaca.