Cud

Kilka tygodni temu w moim mieście doszło do dramatycznego wydarzenia (nie pierwszego niestety). Pewien młody chłopak usiłował popełnić samobójstwo, jednak grupa jego znajomych uratowała mu życie i po reanimacji trafił do szpitala na odział ratunkowy. Po tym wydarzeniu słychać było różnego rodzaju plotki, prawdy, półprawdy i kłamstwa na temat tego wydarzenia i jego konsekwencji. Trzykrotnie słyszałam z różnych źródeł, że chłopak ten nie żyje. Długo powtarzano z ust do ust informację, że z pewnością nie przeżyje, a nawet jeśli to będzie „warzywem”. Fakt faktem, że był na intensywnej terapii dość długo. Nie chcę podawać żadnych szczegółów, ale wygląda na to, że nie miał prawa przeżyć.

Potrzeba sensacji i czarnowidztwo rozwijały się w związku z powyższym na potęgę, jak to w życiu.

A co stało się na prawdę?

1) chłopak będzie żył, co więcej nawet jeśli doświadczy dysfunkcji to znikomych;

2) jest przytomny, można się z nim bez przeszkód porozumiewać;

3) codziennie przy szpitalnym łóżku siedzą jego koledzy i koleżanki ucząc się lub doszkalając w dobrych emocjach: empatii i współczuciu;

4) znam co najmniej 3 przypadki gdzie to wydarzenie doprowadziło do „przemiany duchowej” a przynajmniej do solidnego poprawienia zachowania rówieśników owego nastolatka;

5) W większości szkół zapotrzebowano (i odbyły się) warsztaty na temat samobójstw wśród młodzieży – jest to doskonała profilaktyka tego rodzaju tragedii.

***

Jak już wielokrotnie wspominałam samobójstwo niemal wyłącznie jest czynem osoby, która nie widzi innego wyjścia, a nie jej wyborem. Często od otoczenia zależy czy człowiek przeżyje czy nie. Należy wybyć się lęków, wstydu i innych tego rodzaju emocji, gdy ktoś sygnalizuje nam taki zamiar. W takiej sytuacji trzeba powiadomić kogoś kompetentnego: rodzica, pogotowie czy policję. To nie ważne, że ta osoba może będzie na nas zła. Należy dać jej możliwość aby się rozzłościła. Lepiej być rozzłoszczonym i obrażonym niż martwym… Więcej o problemie samobójstwa w notkach: „Po interwencji” i „Samobójstwo” i „

Nie jest tak źle

Od początku prowadzenia tego blogu wielokrotnie dawałam wyraz pesymistycznemu widzeniu współczesnej młodzieży. Pytałam głośno: „czy tylko ja mam takie doświadczenia, czy taką mamy rzeczywistość?” Chyba raczej specyfika mojej pracy spowodowała czarnowidztwo.

Ostatnimi czasy prowadziłam w 2 szkołach ponadgimnazjalnych warsztaty profilaktyczne. Miałam zajęcia łącznie w 8 klasach pierwszych. Na tyle starczyło czasu w ramach projektu. Na początku takiego spotkania prosiłam o anonimowe wypełnienie ankiety. Po ustaleniu wyników odnosiłam się do nich w trakcie warsztatu. Nie są to badania naukowe na wystarczającej próbie, ale wyniki podniosły mnie na duchu. 

Przypomnę tylko, że Cieszyn jest miastem granicznym, że za Mostem Przyjaźni znajduje się wiele miejsc gdzie można kupić marihuanę (mniej lub bardziej czystą). Z tego powodu w naszej okolicy zdecydowanie mniej jest używania innych środków zmieniających świadomość. Skoro taka „dobra, naturalna i zdrowa” używka jest dostępna na wyciągnięcie ręki to po co truć się chemią – to ulubione stwierdzenie znanych mi nastolatków. Z marihuaną raczej przegrywają u nas dopalacze i pochodne amfetaminy. Im dalej od granicy tym te proporcje się zmieniają.

Wracając do warsztatów i ankiety. „Przebadałam” 167 osób w wieku 16 lat z pierwszych klas zawodówki lub technikum. Byłam przekonana, że bardzo dużo młodych ludzi próbowało już marihuany. Okazało się jednak, że używało jej prawie 29% badanych nastolatków. Jak myślicie, który narkotyk był zdecydowanie bardziej popularny? Kto pomyślał właśnie o alkoholu – zgadł doskonale. 78% tych nastolatków używało już alkoholu. Drugim był oczywiście tytoń: połowa (84 osoby) paliła już swojego pierwszego papierosa. Natomiast prawie 22% tych młodych ludzi poprawiło mi nastrój gruntownie – do dnia „badania” nie używali żadnych środków zmieniających świadomość! Tyle suche liczby. Oprócz nich z dyskusji wyłoniła się prawda, że nawet Ci którzy używali już tych narkotyków, w zdecydowanej większości zrobili to raz lub okazjonalnie. Tylko około 30% używa środków psychoaktywnych częściej. W tej grupie są już nadużywający i uzależnieni także. Przyznawali się w trakcie zajęć jedynie do uzależnienia od tytoniu.

To co poprawiło mi nastrój w drugiej kolejności to zdrowe pasje jakie realizują młodzi ludzie. Od najróżniejszych sportów, przez fotografię, malowanie, komponowanie i granie muzyki, wolontariat, a skończywszy na pisaniu książki :)) Najbardziej zapadł mi w pamięć chłopak rysujący ciekawe grafiki, chłopak zajmujący się kowalstwem artystycznym i jeden piszący opowiadania i książkę.

Okazało się także, że zadają sensowne pytania, potrafią logicznie myśleć, umieją kulturalnie rozmawiać i są nastawieni na pomaganie. Nie wszyscy oczywiście, ale wystarczająco duża grupa abym się uspokoiła co do przyszłości narodu :))

***

Na koniec wieści z kampanii wyborczej. Jesteśmy już wszyscy na ostatniej prostej. Wolno pojawia się zmęczenie i lekkie napięcie. Dziś szłam po ulicy za pewną damą w średnim wieku i słuchałam, jak to wszyscy kandydaci chcą się dorwać do żłobu i koryt. Że zamiast zajmować się bzdurami to mamy wziąć się do pracy. I jakie straszne głupoty opowiadamy (pani rozmawiała z kimś przez telefon komórkowy i bardzo głośno komentowała poczynania naszego komitetu). Przykro mi było. Najpierw zastanawiałam się o jakim korycie myśli: o tych 400 zł diety? Jeśli mam być szczera to gdybym myślała o kandydowaniu tylko w kategoriach ekonomicznych to od razu odpuściłabym sobie ten pomysł. Potem myślałam, o jakie głupoty jej chodzi i czemu nie stanęła przy nas porozmawiać. Bo wielu innych ludzi podchodziło, rozmawiało, mówiło o swoich wątpliwościach czy oczekiwaniach. Już za tydzień okaże się jaki efekt przyniosły setki rozmów i spotkań. 

A Czytelników namawiam do wyprawy do urny i oddanie głosu zgodnie z sumieniem i oczekiwaniami.

Portrety – czyli dalsze losy opisanych nastolatków

Specjalnie dla Spokojnego dalsze losy opisanych tu kiedyś nastolatków.

Oczywiście pierwszy będzie Kamil, bo Spokojny przejął się specjalnie jego sytuacją życiową. (Linki do notek o konkretnych dzieciakach pod ich imionami).

Kamil

Kamil spotykał się jeszcze ze mną długo (około 9 miesięcy od napisania notki). Przestał palić trawę, nie przestał palić tytoniu. Alkohol potraktował ostrożnie i z rozwagą. Nadal ma ciężkie warunki życia, ale poradzi sobie. Niedawno spotkałam jego mamę na mieście i powiedziała mi, że wszystko jest w najlepszym porządku (z wyjątkiem tych papierosów i zbytniej impulsywności Kamila). Ze swoim byłym przyjacielem spotkali się kilka razy. Relacja jest poprawna i bardzo na dystans. Z tego już nie będzie bliskich kontaktów. Choć Kamil był jednym z najbardziej zamkniętych „pacjentów” to chyba najwięcej zrozumiał i przyjął do siebie. Kurator po kilku miesiącach sam poprosił sąd o zniesienie dozoru. Nie było się do czego przyczepić i nadal tak jest. W szkole jest znośnie – radzi sobie. Nie wchodzi w konflikty z prawem. Nawet nie wiecie jakim komplementem dla mnie było pytanie o radę w sprawie dziewczyny i to, że Kamil przyszedł się ze mną pożegnać. Wtedy, gdy już nie musiał. To świetny chłopak i życzę mu jak najlepiej.

 

Karol

Jednak pomyliłam się myśląc, że rodzice Karola będą konsekwentni i zrobią co trzeba aby był zdrowy. Woleli swoje zachować status quo, nie zgodzili się kontynuować terapii rodzinnej. Pożegnali się ze mną gdy zachowanie Karola zrobiło się poprawne. Wiem jednak, że już po kilku dniach zachował się skrajnie agresywnie wobec mamy. Alkoholu nadużywa dalej i pewnie kiedyś spotkamy się już na innej terapii. Albo i nie, bo Karol w dalszym ciągu jest chory, choć już pełnoletni… Szkoda

 

Kordian

Kordian to jest jedna z moich największych porażek zawodowych. Właściwie nie on, tylko relacja z nim, a właściwie jej brak. Jeśli przeczytacie tamtą notkę to wiedzcie, że prawdziwe w niej były tylko fakty dotyczące przeszłości tego człowieka. Przez cały czas naszych spotkań kłamał. O używkach, bo o reszcie milczał. Gdy go przyłapywałam na czymś zaprzeczał patrząc spokojnie w oczy. Nigdy się nie złamał żeby powiedzieć prawdę. Przez cały czas trwania jego „terapii” palił marihuanę często, pod koniec niemal codziennie. Jest silnie uzależniony. Ma kłopoty ze szkołą. Wszystkie moje obawy urzeczywistniają się z każdym dniem coraz bardziej. Jest twardy i zamknięty w sobie. Dorosłych nienawidzi. Wobec swoich rówieśników jest poetą. Nie mam tu ani grama optymizmu…

 

Marek

Marek poszedł swoją drogą, palił dalej, oszukiwał rodziców. Nie wiem co dzieje się z nim teraz. Nasze spotkania skończyły się gdyż pewnego dnia przestał mi ufać i cokolwiek mówić. Siedział i patrzył jak „krowa na pociąg”. Przestał współpracować. Co się stało  – nie wiem. Był moment kiedy wierzyłam, że wszystko skończy się dobrze, ale skończyło się. Szkoda!

 

Natalia

Natalia usiłowała popełnić samobójstwo i prawie jej to wyszło. Była bardzo długo w szpitalu. Wyszła odmieniona. Już nie walczy z mamą i siostrą, zmieniał całkowicie styl bycia, ubierania się, malowania. Ma już postawioną diagnozę, uczęszcza regularnie na psychoterapię. Ja już niedługo się z nią pożegnam, bo nie jestem jej już do niczego potrzebna. Ta stabilna relacja musi się skończyć. Dała coś nam obu, choć wydarzyła się nie wiem czemu. Natalia nigdy nie potrzebowała terapeuty uzależnień. Ale ciesze się, że miałyśmy kontakt ze sobą. Teraz już się o nią nie boję. Dobrze, że żyje i wszystko idzie ku lepszemu.


Zakończenia i kontynuacje

Niedawno ( notka „Nocą słyszę jak krąg się zaciska” apelowałam o pomoc w poszukiwaniach trójki młodych ludzi z naszej okolicy. Po 12 dniach „wycieczki” wrócił Mateusz. Paulina nadal nie jest jeszcze w domu, ale pojawiła się nadzieja, że już bardzo niedługo rodzina do niej dotrze. Łukasz jest zaś pełnoletni i może decydować o sobie, jeśli nie zechce wrócić – jego prawo, choć rodzina i przyjaciele bardzo za nim tęsknią (dziś jest już 16 dzień tej „eskapady życia”). Z okazji tej ucieczki mam bardzo wiele materiałów do przemyśleń. Ogólnych (o kondycji rodziny, lojalności, wierności, przyjaźni, umiejętności przyznania się do błędu) i osobistych. Nadal zastanawiam się czemu z moich blisko 200 znajomych na pewnym portalu społecznościowym na rozpaczliwe apele o pomoc w poszukiwaniach, udostępnianie zdjęć itp. zareagowało tylko 8 osób. Przecież kliknięcie nic nie kosztuje, a czasem zwykły przypadek sprawia, ze zauważy się kogoś widzianego na zdjęciu. Druga sprawa: obojętność rówieśników. To mnie rozłożyło na łopatki. Młodzi ludzie podśmiewali się z tej sytuacji, w większości skrupulatnie unikali tematu. Tylko nieliczni koledzy tej trójki pomagali w poszukiwaniach. Ich dramat prawie nikogo nie obszedł. Czemu? Ta dziewczyna jest poważnie chora, gigant mógł zakończyć się śmiercią. Ale młodzi ludzie nie traktują tego poważnie. Bardzo mnie to zasmuciło.

Historia tej ucieczki powinna kiedyś posłużyć jako podstawa doskonałego filmu o nastolatkach i ich problemach, relacjach rodzinnych, znieczulicy ale i bezinteresownej pomocy (bez setek ludzi, którzy się jednak zaangażowali znalezienie jej nie byłoby możliwe oraz relacjach międzyludzkich…

 ***

Kilkakrotnie opisywałam spotkania z pewnym tajemniczym nieznajomym nad Olzą np. w notce: „Do trzech razy sztuka”. Od tamtego czasu spotykaliśmy się przypadkowo sporo razy. Ba, jesteśmy teraz znajomymi i mamy na siebie namiary. Ale niestety nie mogę tu dopisać szczęśliwego zakończenia. Nic się nie zmienia, a  w przypadku uzależniania od alkoholu to oznacza pogorszenie. A tak mi szkoda potencjału tego człowieka. Wyjątkowo mądry, uzdolniony i w sumie dobry człowiek, który pędzi ku własnemu przeznaczeniu. Czy jakiś radosny ciąga dalszy tej historii nastąpi? Nie wiem. Bardzo bym chciała…

 ***

Pisałam też niedawno o klonach przy ul. Sienkiewicza w Cieszynie, które mają zostać wycięte, z nie do końca jasnych powodów. Pisałam list otwarty do Burmistrza w tej sprawie 23 kwietnia 2014. Od tamtego czasu była już petycja podpisywana na stronie http://www.petycje.pl, były protesty, poprzyklejane klepsydry na tych klonach. Była też całkiem niedawno wizja lokalna pracowników Starostwa. Decyzja jaka w tej sprawie zapadnie nie będzie błyskawiczna. Po wizji uznano, że trzy z tych drzew zostaną usunięte z powodu choroby lub zbyt dużej wysokości (???). Nie wiadomo co będzie z resztą i w ogóle z całą uliczką. Nadal czekamy…

Pytanie

Kilka dni temu zauważyłam w materiałach Fundacji Dzieci Niczyje pytanie: „Jak to możliwe, że rodzice nie wiedzą, że ich nastoletnie dziecko tnie się od roku”. Też zadaję sobie to pytanie. I o wiele więcej innych: Jak to możliwe, że rodzice nie wiedzą, że dziecko jest regularnie pijane (niepełne 16 lat)? Jak to możliwe że dają się nabrać na bajeczkę o wypiciu jednego piwa, gdy dziecko jest prawie nieprzytomne po wypiciu morza wódki? Jak to możliwe, że dziecko chce opowiadać o swoich problemach sercowych / szkolnych / egzystencjonalnych obcej babie, a z rodzicami milczy jak zaklęte? Rozumiem bunt, rozumiem obsesję na punkcie, że oto moja rodzina jest inna i dziwaczna i rozumiem, że grupa rówieśnicza jest najważniejsza, bo to wynika z psychologii rozwojowej, ale nie rozumiem tej całkowitej obcości.

Wiele razy doświadczam wrażenia, że rodzice i dzieci działają na zasadzie milczącej umowy „nie chcę wiedzieć co robisz”. Łatwo byłoby zrobić test na obecność THC w moczu, ale z niezbadanych przyczyn go nie robią. Nie chcą wiedzieć… I te powroty cichutko prosto do swojego pokoju. Niby słychać, że wymiotuje, ale jednak zostańmy przy przekonaniu, że to zatrucie pokarmowe. Choć przecież, gdyby takie przekonanie było szczere i silne, żadna siła nie powstrzymałaby rodzica przed wyjściem ze swojego pokoju zamiast nasłuchiwania zza drzwi.

Wielokrotnie widzę potrzebę terapii rodzinnej, albo terapii uzależnienia jednego z  rodziców, aby w ogóle można było mówić o pracy z dzieckiem. Najczęściej słyszę odmowę. Mam naprawić nastolatka i nie wnikać czemu się popsuł. Ale to nie działa. Tak naprawdę powinnam dać sobie spokój z jakąkolwiek pracą z takim dzieckiem. Ale nie mam sumienia. Bo stosunkowo często chcą się spotykać, potrzebują aby ich ktoś słuchał bez wrzasku, bez cichych dni. To trochę taka praca na zasadzie redukcji szkód. Bo o terapii w takiej sytuacji trudno mówić.

Zdradziliśmy czy dojrzeliśmy?

Nie mam nic osobiście do Roberta Janowskiego – umówmy się, że on będzie tylko symbolem tego co chcę dziś powiedzieć, dobrze?

Oglądaliście kiedyś „Metro*”? Ja obejrzałam chyba z 6 razy… Gdy niechcący natknęłam się na powyższy kawałek, przypomniałam sobie jak to przeżywałam, jak przeżywali to moi rówieśnicy. Zresztą w każdym stuleciu, w każdym pokoleniu młodzi ludzie chcieli idealnego świata i gniewali się na dorosłych za sprzeniewierzenie się ideałom ze swojej młodości. Robert Janowski i ten powyższy fragment utworu obrazuje idealnie o co mi chodzi. Młody Robert Janowski był zapaleńcem podobnym do Janka z musicalu. Gdy popatrzymy dziś na niego, gdy prowadzi „Jaka to melodia” w eleganckim garniturze nie jest już Jankiem, jest kimś kto „nastawia co rano budzik na siódmą, bo musi gdzieś iść”. Bo taka jest kolej rzeczy? Bo tego wymaga dojrzałość? Bo tak się zmieniamy? (Tylko usilnie proszę aby potraktować przykład Pana Roberta jako symbol, a nie ocenę jego samego – tak naprawdę nic o nim nie wiem).

Czy konieczne jest porzucenie ideałów, dziwnych ciuchów, wiary w miłość i dobro? Czy odpowiedzialność musi wiązać się z porzuceniem marzeń? Nie wiem! Ja nigdy nie zmieniłam trzonu poglądów, nie zmieniłam nawet ciuchów (wiecie, że nigdy nie miałam garsonki, która jest dla mnie osobistym postrachem :)) i upodobań muzycznych. Mam tatuaż i noszę plecak. Z pewnych jednak rzeczy musiałam zrezygnować, gdyż tego wymaga odpowiedzialność za rodzinę. Nie mogę żyć z dnia na dzień, biegać całą noc po łące, marzyć cały dzień na jawie. Muszę utrzymać rodzinę. Chcę mieć czas dla dzieci, najczęściej ważniejsze jest ich dobro czy potrzeba niż moja :)) No i parę poglądów jednak porządnie wyewoluowało we mnie. Np. stosunek do aborcji…

Pytanie o to czym jest ta przemiana „Janka” śpiewającego w metrze w celebrytę w garniturze to jedno.

Drugie pytanie, które się z tym wszystkim wiąże to takie: czy obecne nastolatki nadal marzą o idealnym świecie, o prawdzie, szczerości i wzniosłych sprawach? Ja mam do czynienia z młodymi ludźmi, dla których najważniejszą kwestią jest umówienie się na kolejny melanż i napier..lenie się na nim czy to alkoholem czy też marihuaną. Najczęściej po głębokiej analizie i postawieniu diagnozy okazuje się, że faktycznie nie mają aspiracji, są zmęczeni rzeczywistością, a o chęci jej zmiany nie ma w ogóle mowy. Dobra zabawa, możliwie bez żadnego wysiłku to cel sam w sobie. A oprócz tego ważna jest jeszcze jedna z ważnych również dla mnie wartości wypaczona w krzywym zwierciadle: czyli wolność, ale rozumiana jako prawo do zażywania środków psychoaktywnych bez ograniczeń. Proszę wszystkich tych, którzy mają nastoletnie dzieci czy wnuki aby dały mi iskierkę nadziei, że tylko ja mam niefart spotykać taką właśnie młodzież. Powiedzcie mi, że nadal istnieją „Jankowie” i „Anki”… Dużo pytań dziś stawiam, już kończę…

 

 

* Dla tych, którzy „Metra” nie znają (za oficjalna stroną Metra): „Uliczni grajkowie, śpiewacy i tancerze wystawiają na podziemnych peronach metra spektakl dla pasażerów. Jego twórcą i animatorem jest Jan, dla którego metro jest domem, a underground – sposobem na życie. Spektakl budzi sensację, a młodzi artyści otrzymują propozycję pracy w komercyjnym teatrze. To opowieść o marzeniach i rozczarowaniach, o pasji i zdradzie, o młodzieńczych ideałach i władzy pieniądza, a przede wszystkim to historia romantycznej miłości...”

Miłe złego początki

Mam takiego bardzo młodego pacjenta. Nazwijmy go umownie Norbertem. Ma 15 lat, jest szczuplutkim niebieskookim i piegowatym blondynem. Ma swój niewątpliwy urok, choć raczej z tych chmurnych i nadąsanych. Mało w nim radości, jest nadmiernie poważny. Ocenia ludzi w kategoriach „czarno – biały”. Jak to nastolatek. Trafił do mnie tradycyjnie – po złapaniu go przez policję z marihuaną gdy sobie popalał w krzakach, sprawa trafiła do sądu, a mama przywiozła go do mnie. Bardzo długo utrzymywał fikcję, że palił tylko 6 razy i na tym 6 razie złapała go policja. To była wersja oficjalna do sprawy sądowej. Któregoś dnia przyznał jednak, że było inaczej. Pali od początku gimnazjum, przez długi okres codziennie, przed rozprawą ze strachu przestał. Do rozprawy sądowej całe dwa miesiące dziecko było do rany przyłóż. I gdy zakończyło się orzeczeniem nakładającym na niego dozór rodzicielski i nakaz chodzenia do terapeuty szybko mu grzeczność przeszła. Rodzice nie widzą, że wraca do domu pod wpływem alkoholu. Ostatnio ponownie skorzystałam z alkoholowego liczydełka ze strony internetowej PARPA – Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych. Norbert twierdził, że po wypiciu 4 piw, w ciągu godziny nie czuł absolutnie żadnych sensacji. Lekkie zadowolenie, rauszyk i nic poza tym. Policzyliśmy ile miał alkoholu we krwi w momencie zakończenia picia 4 piwa. Szczęka mu opadła, bo okazało się, że miał 1,86 promila. Wytrzeźwiał całkowicie dopiero o 9 rano następnego dnia. To już drugi raz kiedy mu liczę zawartość alkoholu we krwi. Podczas innej imprezy wypił kiedyś więcej i miał tych promili ponad 2. Tylko, że mój Norbert powinien bełkotać, zataczać, się mieć kłopoty z koordynacją oko – ręka, z logicznym myśleniem. A on nic.

Co to znaczy? To znaczy, że ma podniesioną tolerancję na alkohol. Ma też silne parcie na uzyskanie akceptacji grupy rówieśniczej. Z różnych powodów czuje się nieszczęśliwy (nie opiszę powodów, gdyż są zbyt charakterystyczne). Martwię się o niego bardzo. Bo jak tak dalej pójdzie będę obserwować kolejne etapy do uzależnienia od alkoholu. Marihuanę zresztą też już palił po sprawie. Gdy strach minął nie potrafił się powstrzymać. Nie uzależnia???

Najgorsze, że jak się mówi im o ryzyku, potencjalnych konsekwencjach to siedzą i widać jak w głowie przewija im się napis „co za pieprzenie” (żeby nie gorzej). Nie wierzą mi. Choć u Norberta minimalnym optymizmem napełnia mnie fakt, że zaczął mówić prawdę. Wcześniej kłamał ile wlazło – teraz mówi jak jest.

Nie chce się wierzyć ile błędów mogą popełniać mądrzy ludzie. Nie mogę pojąć jak rodzic może pozwolić 15 latkowi wracać po północy i nawet go nie skontrolować (takiemu, który już miał wpadki z substancjami psychoaktywnymi). Po wpadce istnieje coś takiego jak zasada ograniczonego zaufania.

I ostatnia sprawa. Mam zamiar zrobić porządek w mojej okolicy ze sprzedawcami, którzy sprzedają niepełnoletnim alkohol. Grrrrr! Mimo iż sklep może nawet stracić koncesję na sprzedaż alkoholu, panie nie legitymują młodocianych. Mój mąż był świadkiem takiej sytuacji: pani skasowała zakupy i już oddając paragon spytała śmiejąc się, „ale jest pan pełnoletni”, na co chłopak „nie, nie jestem”. Pani poczerwieniała i zaczęła nerwowo „no to co my teraz zrobimy”. Chłopak zabrał piwo, spojrzał z politowaniem i zmył się w sinej mgle… Grrrr po raz drugi…

 

P.S. Blogerów z bloxa zachęcam do wypełnienia ankiety ze strony głównej. Link tu!