Moja opowieść wigilijna

Dawno temu (około 2014 lat temu dokładnie rzecz biorąc) zdarzyła się taka oto historia: młoda dziewczyna i jej mąż szukali długo i uporczywie schronienia i noclegu w okolicach Betlejem. Młoda kobieta jechała na osiołku, a mąż prowadził zwierzę. Każdy krok osiołka wydzierał z ust młodej mężatki jęk. Kobieta, która ma za sobą ciążę i poród rozpoznałaby ten jęk. To skurcze i ból kręgosłupa. Para szukała noclegu, ale nie potrafiła go znaleźć, gdyż nieprzebrane morze ludzi przybyło do miasteczka na wielki spis ludności. Nie było dla nich miejsca w gospodach, nikogo nie obchodziło, że młoda kobieta będzie wkrótce rodziła. Jedynym ratunkiem było schronienie się w stajni. Tam też wędrowcy się udali i wkrótce urodził im się Syn. Był drobny, może lekko zsiniały, głodny a młoda mama nie wiedziała co ma robić. Była niepewna, zmarznięta, pewnie osłabiona po przeżytym stresie i porodzie. Owinęła Synka w co miała i tak przytuleni odpoczywali po wyczerpującej nocy. Ale to jeszcze nie koniec. Oto do stajni wchodzą pasterze. Pewnie nie wyglądają pokojowo, pewnie można się wystraszyć. Może chcą ich wyrzucić na pole? Może chcą ich napaść i obrabować? Ale oto padają na kolana i wręczają dary – skromne drobiazgi (choć dla nich to majątek) bo sami mają niewiele: ser, kilka owoców, osełkę masła… Później zaś przybyli Mędrcy i wręczyli kolejne (już bogatsze) dary: złoto, kadzidło i mirrę. Niesamowita noc oświetlona blaskiem Gwiazdy, która przyprowadziła i pasterzy i Mędrców.

Piękna historia niezależnie czy wierzy się, że tamtej nocy narodził się Bóg czy też nie. Historia, która wiele nam mówi o ludzkości i która przestrzega przed pewnymi zachowaniami. O wiele łatwiej nam dostrzec, że ktoś potrzebuje pomocy, gdy sami borykamy się z losem. Choć i to nie zawsze. Czasem nasze cierpienie i codzienny trud nie pozwalają nam rozejrzeć się wokoło i spojrzeć na drugiego człowieka. I możemy wiele stracić. Już nawet nie chodzi o to, że nie dostrzeżemy Boga wkraczającego w nasze życie (a to dla osób wierzących strata wielka) ale bardziej prozaicznie: nie dostrzeżemy człowieczeństwa, osobowości i atutów ludzi, którzy nas mijają. Niektóre sytuacje, niektóre Noce już się nie powtórzą… I wiem (choć zabrzmi to nieco biblijnie), że każde dobre słowo jest policzone, każdy dobry gest zapamiętany. Słyszałam już od wielu ludzi, którzy znaleźli się w skrajnie trudnej sytuacji: biednych, pogardzanych, odrzuconych, że dobre słowo czy gest nieraz ratuje ich wiarę w sens dalszego życia…

Niezależnie od światopoglądu Święta Bożego Narodzenia to czas rodzinny, czas miłości, czas bycia razem, czas obdarowywania najbliższych. Dobry czas. Już choćby dlatego, że możemy pobyć ze sobą dłużej, cieszyć się dawaniem i braniem oraz wiele czynności wykonywać razem: ozdabiać, śpiewać, piec, gotować a nawet sprzątać. Takiego dobrego czasu życzę wszystkim Czytelnikom. Życzę zdrowych, radosnych, rodzinnych Świąt i aby to radosne wyczekiwanie i wrażliwa uważność na drugiego człowieka towarzyszyły nam już zawsze, a nie tylko od święta.



 

Granica

Wczorajszy komentarz Almetyny wywołał we mnie lawinę skojarzeń i przemyśleń. Dziś hasając ponownie wzdłuż Olzy musiałam sobie to nieco poukładać. Uświadomiłam sobie, że faktycznie to pierwsze spotkanie opisane w notce „Znak (spotkanie)” nadaje się na scenariusz filmu pełnego symboli. Do wczoraj nie dotarło do mnie, że zobaczyliśmy się będą przegrodzeni granicą państwa (nic to, że po Schengen już tylko symboliczną).

I tajemniczy nieznajomy, aby do mnie podejść musiał tę granicę sforsować. Zrobił symboliczny pierwszy krok przechodząc na moją stronę. Drugi symbol jaki do mnie dotarł, to fakt, że za drugim razem spotkaliśmy się już po tej samej stronie granicy. Moje myśli poszybowały do granic między ludźmi. Gdybym na jego widok zapiszczała „idź sobie brudny pijaku” nie dowiedziałabym się wielu ciekawych rzeczy, nie powstałoby (bardzo na razie kruche i tymczasowe) porozumienie. A prozaiczniej nie dowiedziałabym się, że mam przed sobą ciekawą, mądrą i uzdolnioną osobę. I jeszcze coś mi się przypomniało:

„Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu” Antoine de Saint-Exupéry 

Nieprawdaż? Kocham Małego Księcia a ten tekst jest dla mnie jednym z najważniejszych.

Warto wychodzić poza nasze granice. Może nie zawsze, ale jednak.

I kolejne sprawa. Uświadomiłam sobie, że kiedyś bałabym się powiedzieć większości z tego co do niego powiedziałam obawiając się dwuznacznego zrozumienia i tego co sobie pomyśli. Ale ja już nie jestem nastolatką. Nie martwię się co ludzie sobie pomyślą, gdy mówię im coś prawdziwego czy miłego. Ostatnio byłam świadkiem jak kierowca autobusu, wysłany w związku z awarią poprzedniego, zbiera cięgi od ludzi, którzy czekali na przystanku pół godziny w zimnym deszczu. Wysiadając życzyłam mu spokojnego popołudnia po niewątpliwych atrakcjach jakich zażył rano. Był wdzięczny za ludzkie słowo. Dawno temu nie wykrztusiłabym z siebie czegoś takiego bojąc się, że pomyśli, iż go uwodzę albo co… Teraz opinia ludzi (taka powierzchowna) jest mi zupełnie obojętna. Podobnie było gdy siedziałam pod pomnikiem w towarzystwie „menela”, a matki z wózkami przyglądały mi się krytycznie.

Wrócę do wątku, który tu się przewijał już wiele razy. Warto być (w rozsądnych granicach) otwartym na drugiego człowieka. Warto przekraczać umowne granice, warto też być miłym dla innych. I co z tego, że inni nie są mili dla mnie? Kropla spada do wody i tworzy kręgi, które oddalają się aż do brzegu. A potem fala odbija się i wraca do nas…

Walentynki

Nie obchodzicie? Nie szkodzi… Że noc Kupały lepsza, bo bardziej swojska i nasz rodzima? Możliwe. Ale czy chcemy czy nie, od dłuższego czasu czerwone serduszka i różniste kwiatuszki zwiastują zbliżanie się dnia Św. Walentego i przypominają nam o miłości :)) Obserwowałam dziś młodzież wysypującą się z różnych szkół. Po minie widać kto Walentynki obchodzi (i dostał walentynkę), a kto nie dostał (i nie obchodzi). Mijałam dziewczyny z czerwonymi różami w dłoniach, i takie ze łzami w oczach. Mijałam nawet śmiertelnie poważnych chłopców (z smutkiem wypisanym na twarzy). Że to nie z powodu Walentynek? Możliwe…

Czy chcemy czy nie i to niezależnie od wieku miłość jest bardzo ważna w naszym życiu. W piramidzie potrzeb człowieka jest następna, zaraz po potrzebach biologicznych. Bo bez miłości jest nam źle, czegoś brak…

Pamiętacie ten początek? Te motyle w brzuchu, nadzieję i lęk w jednym. I tęsknotę. Całe morze tęsknoty… I bezsenność, niepewność, czekanie na dźwięk kroków… A potem euforię, nienasycenie, szczęście, zatapianie się w oczach tej drugiej, najważniejszej osoby, dotyk dłoni, zapach włosów, dźwięk głosu, kształt ust…

A potem spokojniejszą i trwalszą pewność, radość obcowania, wspólne cele, wspólnotę działania, oparcie. Kto miał szczęście…

Kto nie miał szczęścia pamięta motyle w brzuchu, lęk, nadzieję i potem straszny ból. I moment gdy świat rozpada się na strzępy bez tej jedynej osoby, bo bez niej nie ma ciepła, nie ma życia, nie ma tlenu – jest nicość… A potem zostaje sentymentalne wspomnienie, czasem wiersze w szufladzie, czasem tekst piosenki, a czasem epopeja narodowa :)) Różnie to bywa… Ale ona w końcu przychodzi :))

Więc nie ważne czy obchodzicie czy nie. Czy wolicie słowiańskie szaleństwa w noc czerwcową czy zimowe Walentynki importowane z USA.

Wszystkim życzę dużo miłości, bo ona jest motorem świata, bo jest nam potrzebna do życia jak powietrze (da się żyć bez powietrza, ale co to za życie…).

Każdemu życzę znalezienia tej prawdziwej drugiej połówki i pielęgnowania uczucia po wieczność :))

Nie mogłam się powstrzymać, choć to raczej o smutnej miłości :)) Uwielbiam jednak te wiersze i TO wykonanie 🙂

Romans

Ostatnio do głębszej refleksji skłonił mnie mój pacjent. Opowiadał o swojej żonie, która wpadła w obsesyjną zazdrość, stara się go kontrolować, podejrzewa o konszachty ze wspólnymi znajomymi. Mój pacjent jest tym lekko podniesiony na duchu, a bardziej solidnie wkurzony. Stwierdził, że nie po to mozolnie odbudowuje swoje życie od kilku lat, żeby je sobie rozwalić. Stwierdził też, że zdrada nic mu nie da poza stratą rodziny, którą bardzo kocha. Żona jednak tego nie rozumie i bardzo boi się, że znajdzie kogoś innego i odejdzie. Ta rozmowa dała mi do myślenia. 

Obecnie wielu ludzi uważa, że najważniejsze jest jego osobiste szczęście, bo życie ma się jedno. Osobiste szczęście rozumiane jako euforia, motyle w brzuchu i tęcza dookoła:

 

Niektórzy bez większego wahania podejmują decyzję o rozstaniu lub o wejściu w tajny układ żeby tylko czuć szczęście. Zauroczenie czy zakochanie powoduje odejście od racjonalnego myślenia (to akurat normalne, ale nie może spowodować, ze idziemy za instynktem jak ćma do ognia). No i kwestia dzieci. Wielokrotnie słyszałam już, że powinno się odejść z otwartą przyłbicą i budować patchworkową rodzinę, bo dzieci i tak wyczują fałsz i brak głębokiej więzi między rodzicami. Niby tak. Ale co ma zrobić ojciec, który kocha swoje dzieci bezgranicznie, ale dzieci są mocno związane z mamą i sąd najprawdopodobniej zdecyduje o ich zamieszkaniu z nią a nie z nim. Trzeba zrezygnować z wieczornego czytania bajek i bycia razem dzień w dzień. Podobnie jeśli dzieci są mocno (mocniej) związane z tatą. Odejście wraz z nowym ukochanym skończy się prawdopodobnie na zamieszkaniu oddzielnie. Wyobrażacie sobie to? Nie całować dzieci na dobranoc, nie budzić ich do szkoły czy przedszkola….

A pytanie zasadnicze brzmi czy to nowe zauroczenie, po zamieszkaniu razem, nadal będzie się rozwijało i przekształci się w głębokie uczucie? A może gdy zakazany owoc się skończy, skończy się również i namiętność.

Mam kilka znajomych, które wiedzione motylami i tęczą weszły w romans. Dwie zostawiły rodziny i odeszły do nowej miłości. Jedna została sama, druga wróciła do męża, który nieoczekiwanie wybaczył wyskok, reszta historii toczy się swoim torem: dwa życia, kłamstwa, zmęczenie, miotanie się z decyzją, cierpienie i krótkie chwile euforii, tęsknota… Czy to się opłaca? Czy to jest szczęście?

Oczywiście nie wspominam już o parach z pierwszych stron gazet czy portali internetowych. Po kilku dniach od rozstania ludzie ci są „już gotowi na nową miłość”… Niepojęte.

Macie ochotę na dyskusję?

Szatan

Tytuł trochę mylący. Może…

Mam pacjenta – 16 lat, buzia anioła – po prostu piękny. Chodzi do mnie bo sąd mu to nakazał. Innymi słowy został złapany na posiadaniu narkotyków. Ma dozór rodzicielski i przymusowe wizyty u mnie. Znamy się już 15 miesięcy. Z początku siedział obrażony z założonymi rękami i fuczał. Teraz opowiada co u niego, zamaszyście i dużo. Buzia mu się nie zamyka. 

I ten śliczny chłopak mnie przeraża. Nie wiem czy jest (właściwie to dopiero będzie) osobą o antysocjalnym zaburzeniu osobowości czy jego prawdziwe wnętrze jest szczelnie otoczone pancerzem. Jakby był zamrożony. Nadal nie wiem. Obie opcje są tak samo prawdopodobne.

Ale ostatnio gdy tak siedział przede mną i opowiadał naszło mnie skojarzenie z szatanem. Szatanem opisywanym przez niektórych autorów w literaturze jako piękny, upadły anioł, pusty i samotny.

Mój aniołek (tak to konsekwentnie prezentuje) jest prawie bez uczuć. Boi się tylko kartkówki i pytania bez ostrzeżenia. To oczywiście ironia. Twierdzi, że się generalnie nie boi. nie kocha nikogo poza sobą i na nikim innym mu nie zależy. Rodzice, siostra, dzidkowie mogą być, może ich nie być – nie interesuje go co z nimi. O nikogo się nie troszczy. Z wyjątkiem swojego zwierzątka domowego. Nie zależy mu również na znajomych, kumplach, kraju. Po maturze chce wyjechać na zawsze do Legii Cudzoziemskiej. Zmienić tożsamość. Zostawić wszystko. Dba tylko o swoje przyjemności i korzyści. Bóg, w którego ponoć wierzy ma wszelkie przymioty potęgi i siły, ale nie ma ani grama miłości. 

Gdy to piszę moje pobożne życzenie układa mi się w całość. Jakże bym chciała, aby jego postawa był tylko zamrożeniem charakterystycznym dla dzieci alkoholików (ojciec jest osobą uzależnioną od alkoholu, aczkolwiek długo już niepijącą, wujek i dziadek nadal są aktywnymi alkoholikami). Pragnęłabym, aby okazało się, że jego uczucia zostały zamrożone na skutek kontaktu z mamą, która jest rozchwiana emocjonalnie, bardzo płaczliwa, inwazyjna uczuciowo oraz z tatą, który długo był nieobecny, wykonuje zawód wymagający (wedle własnego myślenia) ostrości i wręcz oschłości, a także z powodu wielopokoleniowych i skomplikowanych konfliktów i chorych relacji pomiędzy poszczególnymi członkami rodziny. To totalne odżegnanie się od miłości chciałbym rozszyfrowywać jako informację, że był tego uczucia pozbawiony niż jako faktyczną niezdolność do jej odczuwania. Czas pokaże. 

Najgorsze co mogłoby się okazać to, że faktycznie jest taki: z poczuciem wyższości, niezdolny do odczuwania miłości, współczucia, litości…

Wielka miłość

Co jest tak na prawdę motorem życia?

Tak, miłość! Miłość do partnera, do dzieci, do rodziców…

Ktoś kto kocha ze wzajemnością, ma niewyobrażalne szczęście. Szczęścia jakie daje bliskość kochanej osoby nie da się porównać do niczego. Czasem trzeba długo szukać, długo czekać na wielkie uczucie. A czasem wielkie uczucie jest tylko złudzeniem, pomyłką. Myli się człowiekowi z pożądaniem i wielkim strachem… Można strawić lata zanim człowiek zrozumie, że to nie to uczucie. Jeszcze w innym przypadku wielka miłość wysycha, wypala się, bo człowiek nie dokłada do ognia myśląc, że ten płomień jest wieczny bez podsycania. 

Czasem wielka miłość jest nieszczęśliwa, ale bywa inspirująca np. do twórczości artystycznej. Czasem potrafi żyć tylko ukryta pod ziemią, trwająca latami pod osłoną, gdy wychyli się na powierzchnię – ginie, bo nie jest nauczona oddychać świeżym powietrzem. Innym razem trwa mimo wszelkich przeciwności, wbrew logice i sensowi. Czasem zabija swojego „nosiciela”. Często pozawala unosić się w powietrzu, burzy krew, nakłada różowe okulary…

 

Każdemu życzę spotkania ukochanej osoby, a jeśli już ją ma koło siebie to dbania o uczucie i cieszenia się nim na zawsze. I żeby wielka miłość była prawdziwa i szczera.

Miłość

Miałam już w głowie ułożony tekst, gdy jego ułożone już strofy podkreślił tekst blogera Dawida z blogu „Polak na emigracji” pt.: „Hatersi czyli Wieszcze Nienawiści”. Na marginesie na Dawida zwróciłam uwagę w 2011 roku i nie żałuję. U mnie w ulubionych jest w bocznej szpalcie. Polecam. 

Nigdy nie zgadniecie co czytam. Oczywiście, gdy w ogóle mam czas na czytanie. Czytam sobie książkę Jana Dobraczyńskiego „Listy Nikodema”. Czytałam ją już wielokrotnie, a ostatnio znowu nabrałam ochoty. Czegóż ateista może szukać w opisie życia i nauki Jezusa pokazanego oczami uczonego w Piśmie Nikodema? Ano tytułowej miłości właśnie. Miłości bezwarunkowej, miłości wszechogarniającej…

W naszych czasach, w naszym świecie coraz mniej jest miejsca na miłość. Nie mam tu na myśli miłości kobiety do mężczyzny (i odwrotnie) tylko człowieka do człowieka. A przecież gdyby była elementarna miłość między ludźmi, nie byłoby gwałtów, wojen, sarinu, przemocy, zabójstw. Nie byłoby też biedy, bo ludzie potrafiliby skutecznie pomagać sobie wzajemnie.

Zastanawiam się codziennie skąd bierze się brak elementarnej sympatii ludzi do siebie wzajemnie, brak wdzięczności, opiekuńczości… Ludzie, którzy szczerze kochają bliźnich są solą ziemi. I jest o wiele za mało.

Wyobraźcie sobie jakby się nam żyło gdyby od poniedziałku kierowcy się nie wyzywali i nie przeklinali do 7 pokolenia na drogach, gdyby urzędnicy i petenci byli dla siebie życzliwie nastawieni, sprzedawcy i klienci potrafili się do siebie uśmiechnąć, w domach rodziny potrafiły ze sobą spokojnie rozmawiać. Brzmi sympatycznie? Tylko czemu to niemożliwe?

Zawsze jest coś… Niech on pierwszy wyciągnie rękę, dlaczego ja mam pomagać im (niech oni pomogą mnie), co ja z tego mam, nie będę się poniżać, to Wolak / Polak (niepotrzebne skreślić) – nie pomogę mu, inni są powołani do pomagania (płacą im za to), nie będę się podlizywać, z ludźmi trzeba twardo, nie dam sobie wejść na głowę, obcy – twój wróg… Wiecie o co chodzi.