Przemiana

Kiedy w życiu osoby uzależnionej następuje koniec świata i można już tylko zapić (zaćpać) się na śmierć lub zrezygnować z dotychczasowego życia, zaczyna się przemiana (nie u każdego). Stopniowa przemiana jest warunkiem utrzymania stabilnej i długotrwałej abstynencji (czystości).

Na początku jest słowo abstynencja (czystość) czyli rezygnacja z używania substancji psychoaktywnej, od której dany człowiek jest uzależniony. Etapy dochodzenia do siebie (stan odstawienia, euforia z bycia trzeźwym, faza zniechęcenia i stagnacji oraz faza oswajania się z normalnością) zazwyczaj trwają około roku. Potem Ośrodkowy Układ Nerwowy jest już w dużo lepszym stanie, stan zdrowia powraca zazwyczaj do normy, emocje są ustabilizowane. Piszę tu oczywiście o modelowym przypadku dochodzenia do zdrowia u osoby, której zależy na trzeźwieniu. Ale to nie koniec.

To jest dopiero pierwsza faza przemiany. Na tym etapie człowiek zaczyna poznawać siebie. Poznaje również swoje ograniczenia. Bo niestety nie jest tak jak chciałoby to widzieć wielu coachów i trenerów rozwoju osobistego, że zawsze możemy osiągnąć dowolne marzenie, że wystarczy tylko chcieć i wierzyć 🙂 Nie zawsze jest to takie proste. Są osoby, które doznały traum na tak wczesnym etapie rozwoju, że nie są w stanie (niezależnie od ilości przebytych terapii) stać się osobami wewnątrzsterownymi, budującymi poczucie własnej wartości na przekonaniu o własnych kompetencjach. Nie każdemu powtarzanie do lustra „jestem piękna” pozwoli w to uwierzyć. Są ludzie, którzy będą zawsze czuć się dobrze tylko wtedy, gdy usłyszą to od bliskich. Czy należy zatem rwać włosy z głowy? I dokopywać sobie, że musi być ze mną coś dodatkowo nie tak skoro nie potrafię uwierzyć w mantry. Uważam, że znajomość własnych ograniczeń bardzo ułatwia sprawę. Świadomość „dlaczego” to pierwszy krok do dalszych przemian i zaakceptowania siebie razem z niedoskonałościami. 

Niektórzy ludzie zatrzymują przemianę. Pozornie wszystko jest ok, jest zachowania mechaniczna abstynencja od alkoholu czy narkotyków, ale nie ma spodziewanych efektów w postaci wzrastającej samoświadomości i satysfakcji z życia. Opowiem dwa sytuacje;

1) Dawno, dawno temu chodził do mnie pewien przemiły chłopaczek (celowo piszę zdrobniale, bo i wyglądał na dużo młodszego niż był i był bardzo drobniutki. Używał narkotyków. Nic nie wynikło z naszych spotkań i kiedyś zniknął. Pewnego pięknego dnia stałam sobie na przystanku autobusowym. Obok mnie chodził nerwowo tam i z powrotem młody człowiek. Potężny, wyćwiczony na siłowni. I z napięciem rysującym się na twarzy. Właściwie poznałam go tylko po oczach, które się nie zmieniły. Coś go wyraźnie nurtowało. W końcu zrobił ostatni manewr, wyrzucił nonszalancko papierosa do studzienki kanalizacyjnej i zatrzymał się z impetem przede mną. „My się chyba znamy”. Powiedziałam, że tak, znamy się i wymieniłam jego imię. „Pani mnie jeszcze pamięta? Po trzech latach?”… Dziwne, ale pamiętam ich wszystkich… Zaczęliśmy rozmawiać. Przechwalał się, że przestał ćpać… Ale po chwili rozmowy bardzo posmutniał i powiedział „ale zacząłem za dużo pić”…

2) Pewien nastolatek trafił do mnie po ośrodku terapeutycznym. Po zebraniu solidnego wywiadu, po wielu spotkaniach zrozumiałam, że niczego nie zmienił, że wszystko jest tak jakby dalej brał. Ale z różnych przyczyn wykluczone było używanie przez niego narkotyków i alkoholu. Tryb życia też niby ok. Ale absolutnie żadnych głodów i wszystko takie dziwne… Nurtowało mnie to długo, aż w końcu powiedział, że pije ponad 1,5 litra energetyków dziennie…

Przemiana nie nastąpi jeśli nie zmieni się system rozładowywania i wyrażania emocji, jeśli będą się zmieniać tylko substancje czy czynności wykonywane kompulsywnie. Koniecznymi warunkami trwałej przemiany (według mnie) są: zbudowanie silnych i wspierających relacji z dobrymi ludźmi (naprawa relacji rodzinnych i bliskie przyjaźnie), znalezienie pasji, która nada życiu sens i będzie zdrowym zamiennikiem środków psychoaktywnych, zdrowy tryb życia. Do tego autoanaliza stanów emocjonalnych i adekwatne reagowanie na pojawiające się uczucia, Wtedy możemy mówić o takiej prawdziwej przemianie 🙂

feniks1avatar

Św. Mikołaj

Znacie prawdziwą historię o świętym Mikołaju? Nie tę o biskupie z Miry (Demre), który od najmłodszych lat wsławiał się pobożnością, cudami ale głównie czynami miłosierdzia (opiekował się chorymi z narażeniem życia, podrzucał pieniądze biedakom, wypraszał łaskę skazanym na śmierć, wskrzeszał itp.).

Działanie świętego Mikołaja może dotyczyć każdego z nas a współczesna opowieść o świętym mogłaby brzmieć tak:

Dawno, dawno temu tak gdzieś w tygodniu poprzedzającym Święta Bożego Narodzenia A.D 2014r. zdarzyła się taka oto historia: wychodziłam już ze sklepu późnym wieczorem (umęczona po pracy i dźwigająca ciężkie siaty) gdy oto znajoma sprzedawczyni powiedziała, że dobrze, że mnie widzi bo chciała ze mną porozmawiać. Podeszłam do niej myśląc, że zdecydowała się na sesję fotograficzną, która kiedyś jej proponowałam (to bardzo piękna kobieta i choć z reguły nie robię zdjęć ludziom mam ochotę akurat tej dziewczynie zrobić parę portretów najlepiej w jakimś pięknym plenerze). A znajoma pani zaczęła w ten sposób: „Miałam już dawno o to zapytać ale bałam się jak pani zareaguje” (no pięknie, nie dość, że się mnie boi to jeszcze ja zaczynam się obawiać o co chodzi) – „mam dużo ubrań po synu i naprawdę nie mam komu ich dać, a może byłyby już dobre na Starszego Zajączka. Nie obrazi się pani?” O matuchno kochana! Stwierdziłam, że nie tylko się nie obrażę ale także mogę ją pocałować w rękę :)) Niesamowity, dobry człowiek! Nie trzeba dodawać, że ubranie przypasowały obu Zajączkom i hasają zachwycone. Dla mnie to bezcenne bo mimo iż nie umieramy z głodu  to z kupowaniem ubrań (które palą się na Zajączkach) nie jest za dobrze. Teraz jesteśmy zabezpieczeni na długo…

Ten gest dał mi do myślenia w różnych płaszczyznach. Czyżbyśmy byli skrępowani pomagając i obawiamy się reakcji tej drugiej osoby? Czy propozycja dania gwiazdkowego prezentu mogłaby mnie urazić? Zranić moją dumę? Może dlatego właśnie unikamy gestów solidarności face to face, bo obawiamy się gniewnej reakcji? Łatwiej pomagać anonimowo (Szlachetna Paczka, WOŚP itp.) o ile w ogóle mamy ochotę być świętym Mikołajem. A przecież takie pomaganie nie tylko daje radość obdarowanemu, poprawia nam nastrój (bo zrobiliśmy coś dobrego), ale także pozwala żyć np. ubraniom z tego przykładu długo i szczęśliwie. A niektórzy wolą zniszczyć ubranie i wyrzucić do kontenera. Smutne. Nieekologiczne.

Muszę przyznać, że jestem zbudowana interakcją z „panią Mikołaj” i tą sytuacją i zaczerpnęłam nawet pełno energii do dalszego funkcjonowania. Dobro się rozchodzi :))

Hekatomba

Taka gołoledź zdarza się raz na kilka (kilkanaście) lat. Radośnie padający deszcz (najpierw koło 15.00 zaczął kropić, potem padać coraz intensywniej) przy zdecydowanie ujemnej temperaturze i nieźle zmrożonych nawierzchniach stworzył szklankę prawie idealną. (Bardziej ślisko było tylko raz w moim życiu 21 lat temu. Wtedy nie było możliwości utrzymać się na nogach). Około 15.30 samochody jeździły już około 10 km/h, A z góry na doły i z dołu do góry (Cieszyn jest położony na miejscami stromych wzgórzach) nie było to możliwe wcale zwłaszcza dla autobusów. Utknęłam więc na przystanku autobusowym, gdzie zaczęło się bratanie międzyludzkie. Do rozmowy włączały się i osoby starsze i nastolatki. Zadzwoniłam do dyżurnego ruchu aby się dowiedzieć co dalej. Pan poinformował mnie, że żaden autobus nie jedzie i nie pojedzie dopóki nie przejadą pługosolarki. Postanowiłam iść pieszo, tym bardziej, że mój autobus był niemal widoczny na horyzoncie – stał na stromym zjeździe z włączonymi światłami awaryjnymi a kierowca nie odważył się zjechać przez skrzyżowanie położone na tej stromiźnie. Jakaś starsza pani biorąca wcześniej udział w ożywionej dyskusji ruszyła przede mną. Gdy się zrównałyśmy poprosiła mnie o ramię i tak się razem ślizgałyśmy cały jeden przystanek. Gdy dotarłyśmy pod kolejną wiatę pani uznała, że dalej się boi iść i zaczeka na autobus. Ja postanowiłam natomiast zaryzykować, tym bardziej, że byłam już spóźniona do pracy. Pożegnałyśmy się w przyjaznej atmosferze i ruszyłam dalej. Ach co to była za podróż…

Autobusy ruszyły ponad godzinę później, ale ja już byłam w pracy. Niektóre chodniki posypano solą lub piaskiem, ale powrót pod górę też mi dostarczył niezapomnianych wrażeń. Pomagałam lekko zawianemu panu znaleźć bezpieczny ciąg komunikacyjny, a zaraz potem byłam świadkiem wypadku. Auto jadące szaleńczą prędkością – jakieś 20 km/h wpadło w poślizg, skręciło o 90 stopni w lewo i z wizgiem przejechawszy przez chodnik malowniczo spadło ze zbocza tzw. Cieślarówki. Mogę teraz lekko ironizować, ale patrząc na sypiące się iskry i upadek samochodu serce mi stanęło. Idący niedaleko mnie mężczyzna złapał za telefon i już dzwonił po pomoc, a ja zaczęłam galopować do miejsca zdarzenia. Pan z telefonem też dopadł tegoż miejsca. Okazało się, że panom w aucie nic się nie stało, nie dachowało tylko zjechało stromo w dół i na szczęście w nic groźnie nie uderzyło. Kilka sekund później nadjechała policja.

Efekt tego deszczu jest taki, że na S1 był karambol z kilkunastoma samochodami. Z pewnością było bardzo dużo urazów w mieście, bo słychać było non stop sygnały karetek. Z tego co ja osobiście obserwowałam wysnułam optymistyczne wnioski. Gdy przychodzi takie nieoczekiwane zagrożenie ludzie potrafią sobie pomagać, szybko reagować i są dla siebie życzliwi. Poza tym podniosło mnie na duchu zachowanie kilku młodych kierowców, którzy zostawili auta na parkingach i przyszli na przystanek mówiąc, że mają za mało doświadczenia i nie zaryzykują jazdy dalej. No i wybiłam sobie lekko lewą rękę i bark. Ale jak jest gołoledź to musi być ślisko :)) Aha i nikt nie chwycił za telefon aby robić zdjęcia rozbitemu samochodowi. To też się chwali!

Tak więc dzień triumfu nowego burmistrza zapamiętamy na długo dzięki jak corocznemu zaskoczeniu drogowców. Poza tym dzień był bogaty w wydarzenia i wrażenia. Jeszcze przed deszczem udało mi się zrobić nad Olzą kilka ciekawych zdjęć (np. takie):

Tyle sprawozdania z hekatomby w Cieszynie i okolicach. A jak Wam minął dzień?

Różne rodzaje pomocy

Jakoś ten temat we mnie utkwił. Przy smażeniu placków z cukinii zastanawiałam się nad własną klasyfikacją pomocy i wyszły mi takie rodzaje (lista z pewnością nie jest pełna)

1. Opieka – to pomoc całkowita, zaspakajanie potrzeb osoby (lub zwierzęcia), która sama tego nie potrafi. Dotyczy to małych dzieci, osób z niepełnosprawnością intelektualną, osób bardzo ciężko chorych (chwilowo lub przewlekle) i zwierząt w mniejszym lub większym zakresie. Wynika z miłości lub obowiązku, nie można liczyć na podobną wzajemność, aczkolwiek „zapłatą” jest miłość / przywiązanie i bliskość. Może łączyć się ze wstydem lub przykrością osoby, która wymaga opieki oraz ze zmęczeniem ze strony opiekuna. Bywa trudną relacją dla obu stron.

2. Pomoc społeczna – instytucja państwa, polegająca na udzielaniu pomocy osobie, która w danej chwili własnymi środkami i możliwościami nie jest wstanie przezwyciężyć trudnej sytuacji. Aby taką pomoc dostać należy spełnić pewne ustawowe przesłanki oraz brać aktywny udział w przezwyciężaniu swoich trudności. Więcej o zasadach udzielania pomocy (gdyby kogoś interesowało we wpisie: pomoc społeczna. Często wiąże się z poczuciem wstydu i głębokiego upokorzenia osoby, która korzysta, ale zdarza się też postawa „należy mi się”. Pracownicy socjalni są narażeni na stres i wypalenie zawodowe (jeśli ktoś chciałby się zapoznać bardziej szczegółowo z pracą w tym zawodzie to odsyłam do notek: Pracownik socjalny i W butach innego

3. Pomoc wzajemna (np. sąsiedzka) – drobne usługi, wsparcie emocjonalne, pomoc finansowa – świadczone sobie wzajemnie na zasadzie „dziś ja tobie, jutro ty mnie). Taka pomoc jest przyjmowana i dawana naturalnie, nie ma poczucia zażenowania. Strony relacji mają poczucie równowagi. Nie piszę tu o sytuacjach wypaczonych, gdy jedna osoba wykorzystuje nagminnie drugą, nic nie dając w zamian. 

4. Jałmużna – dawanie  (najczęściej drobnych) kwot pieniędzy aby spełnić warunki wyznawanej religii (np. w Islamie) lub aby zadbać o swoje dobre samopoczucie. Daje ułudę pomagania i dobrze spełnionego obowiązku wobec bliźnich. Wzbudza raczej przykre emocje w biorącym (nie zawsze) i uspakaja sumienie. Dla mnie określenie zdecydowanie pejoratywne.

5. Psychoterapia – pomoc psychologiczna udzielana przez zawodowca. Pomagający opiera się na szczegółowej wiedzy i doświadczeniu. Nie ma relacji wzajemności – to pacjent jest głównym aktorem i to on jest w świetle jupitera, psychoterapeuta pokazuje siebie tylko na tyle na ile to jest potrzebne w terapii. Z jednej strony taka relacja sprzyja otwieraniu się (do osoby obcej można w ostateczności już więcej nie iść), a drugiej jest trudna i często wywołuje dyskomfort i chęć odwzajemnienia. W niektórych formach terapii grozi przeniesieniem (w zależności od formy terapii jest oczekiwane albo nie). Przeniesienie to sytuacja gdy w bliskiej relacji terapeutycznej pacjent zaczyna przenosić na terapeutę myśli i uczucia, które dotyczą innej bliskiej osoby np. rodzica. W wielu formach terapii jest to oczekiwane i stanowi materiał do pracy z pacjentem nad jego relacjami z ważnymi ludźmi. W określonych wypadkach pacjent doświadcza zauroczenia terapeutą (sytuacja jest doskonałą okazją do pracy), a wynika często z tego iż terapeuta jest pierwszą osobą, która uważnie i z zaangażowaniem słucha i towarzyszy pacjentowi. 

Więcej form nie przyszło mi do głowy przy tych plackach, ale może komuś z Was przyjdzie i podzieli się pomysłami w komentarzu 😀

Dobranoc Kochani :))

Przemyślenia

Dziś trzy różne części sprowokowane komentarzami i wydarzeniami.

*

Niedawno jeden z moich znajomych skomentował link o eksperymencie, w którym pokazano, że osoba ubrana w elegancki garnitur otrzyma nawet większe kwoty niż o nie prosi (nie ma drobnych na kawę) niż osoba ubrana w przepocony podkoszulek (osoba wyglądająca na bezdomną nie dostała ani grosza). Komentarz sens miał taki, że dawajcie te drobne proszącym nawet jeśli je wydadzą na piwo, bo każdy taki uczynek będzie policzony. Brzmi nieźle i wiem, że intencje komentującego są dobre – bo to bardzo dobry i przyzwoity człowiek. Ale… Myślę i myślę nad jego słowami. I po raz kolejny dochodzę do wniosku, że nie dam na piwo czy wino, bo bym mnie pokręciło. Mogę podejść do sklepu i kupić jedzenie czy bilet, ale kasy nie dam gdy mam uzasadnione podejrzenie (lub wręcz deklarację), że to na alkohol. Nie potrafiłabym się przyczynić do rozwoju śmiertelnej, przewlekłej i wyniszczającej choroby. Nie chcę! Nie przyłożę ręki do deliriów, białych nocy, rozpaczy rodzin, pogłębiania się chorób somatycznych. Nie zrobię tego nawet jednym łykiem piwa czy wina… Mimo że wiem jak bardzo ten łyk potrafi być pożądany, a może właśnie dlatego…

**

Druga sprawa: pod ostatnią notka pojawiły się słowa „pomaganie na siłę”. Nie da się pomagać na siłę. Prawdziwe pomaganie wymaga taktu, dyskrecji, pokory i celu innego niż podkarmienie własnego poczucia wartości. Pomagając należy mieć na uwadze to, że być może osoba, której pomogliśmy już nigdy nie zechce nam spojrzeć w oczy (ze względu na wstyd, upokorzenie własną niemożnością czy słabością). Pomaganie to także  (w zdecydowanej większości) próba uaktywnienia zasobów własnych tej osoby, która pomoc przyjmuje. To nie może być tylko osławiona ryba (nie cierpię tego porównania o czym już kiedyś pisałam). Od dostawania ryb łatwo się uzależnić, ale co potem… Pomaganie to rzetelność, odpowiedzialność i wyraz miłości (a przynajmniej jako takiej sympatii) do rodzaju ludzkiego. Ja to tak rozumiem i widzę. Pomoc z łaski czy dla poprawy własnego nastroju nie spełni swojego zadania. Ta druga osoba zostanie potraktowana jak przedmiot…

***

I ostatnia sprawa. W Cieszynie od kilku dni został ujawniony problem odkopywania, a w końcu i próby zniszczenia schronu bojowego, który równo 75 lat temu zbudowano na terenie Cieszyna. Przetrwał wiele m.in II Wojnę Światową ale oto 8 sierpnia ekipa budowlana miała zacząć niszczenie stropów. Już dobrych kilka dni wcześniej mieszkańcy alarmowali, że zaczęły się pospieszne prace przy bunkrze – został całkowicie odsłonięty i odkopany. Krzysztof Neścior (założyciel Muzeum 4 Pułku Strzelców Podhalańskich oraz Sekcji Militariów przy Cieszyńskim Klubie Hobbystów, patriota, uczestnik interwencji wojsk NATO w Kosowie jako dowódca drużyny w plutonie rozpoznawczym, a swoją służbę został odznaczony przez sekretarza generalnego NATO medalem ”In Servis Peace and Freedom”)  od lat starał się aby obiekt został zabezpieczony. Nie udało się aż do dnia 8 sierpnia, kiedy zainteresował się problemem wicewojewoda śląski.  Po interwencji głównego konserwatora zabytków w Katowicach wstrzymano prace rozbiórkowe. Około godziny 14 tego dnia kierownik budowy powiedział mi, że „skąd znowu oni niczego tu nie niszczą, a w ogóle to wcale nie jest zabytek”. Na szczęście dziś  bunkier został wpisany do rejestru zabytków. Działalność Pana Krzysztofa oraz kilku innych zaangażowanych współpracowników oraz sporej grupy mieszkańców Cieszyna przyniosła pozytywne zakończenie. I to po raz kolejny uświadamia mi, że aby uzyskać spodziewany efekt trzeba rozpocząć działania, najlepiej w grupie innych osób mających ten sam cel. Zamiast siedzenia i narzekania :))


P.S. Konkurs na świadczenia usług rehabilitacyjnych dla dzieci z całościowymi zaburzeniami rozwoju został rozpisany przez NFZ, OREW złożył stosowne dokumenty i teraz czekamy na rozstrzygnięcie. Można? Można!

Walka

Od kiedy piszę bloga (a zaczęłam 3 miesiące po katastrofie smoleńskiej) podziały między naszymi rodakami zaostrzają się. Wczoraj po pewnej wymianie zdań zaczęłam się jeszcze intensywniej zastanawiać jak to wygląda dziś i co będzie dalej.

Cztery lata temu podział był bardziej polityczny. Byli Polacy i „Wolacy” czyli złośliwie nazywani stronnicy Jarosława Kaczyńskiego i Prawa i Sprawiedliwości. Od jakiegoś czasu w moim otoczeniu i świadomości pojawił się nowy podział: na ateistów i wierzących. Dzięki najbardziej skrajnym skrzydłom obydwu grup, ich wpływy i stopień nasilenia postaw skrajnych bardzo szybko się nasila. Nawet w moim najbliższym blogowym otoczeniu zauważam zmiany. Kiedyś współegzystowałam pokojowo z osobami wierzącymi, teraz to już nie zawsze takie łatwe. Ten nienazwany nacisk wypływający ze skrajnych skrzydeł (tak mi się zdaje) powoduje, że ludzie coraz częściej oczekują jednoznacznego stanięcia po którejś ze stron. Nie można być letnim – trzeba być gorącym lub zimnym, białym lub czarnym czy jak by tam nazwać antagonistów. Widać też tendencje do protestowania przeciwko przekonaniom i poglądom innych ludzi (patrz to co się dzieje wokoło Golgota Picnic). I mam tu na myśli radykalne reakcje obu stron barykady.

Ludzie już nie chcą zaakceptować, że ktoś ma odmienny pogląd i przy nim zostaje. A brak podjęcia dyskusji jest nazywany zamykaniem się na dialog. I tę frazę słyszę bardzo często zarówno od wojujących ateistów, jak i radykalnych wierzących. Jeśli ktoś nie chce podjąć debaty to jest jakiś (w domyśle nietolerancyjny, beton itp.). A i to są jeszcze delikatne stwierdzenia. Bo niektórzy uwazają, ze ten kto ma odmienne przekonania staje się wrogiem. Moje pytanie brzmi: czy nie możemy być znajomymi, kolegami, przyjaciółmi, mając jednocześnie odmienne poglądy na dany temat?

Skąd krystalizacja powyższych przemyśleń? Ano jest wynikiem tego co dzieje się wokół sprawy profesora Chazana. Mam (tu akurat) jasno sprecyzowane myśli i przekonania. I ich nie zmienię. Pan profesor dokonywał aborcji komercyjnie licząc w setkach zabiegów. Teraz się tego wstydzi i aby pokazać, że jest świętszy od Boga nie dokona już żadnej. Nawet w sytuacji gdy dziecko będzie umierać dłuższy czas i nie ma szansy na życie nawet jako osoba niepełnosprawna. Ze skrajności w skrajność… Boję się takich ludzi.

Nie jestem wierząca. Ale wielokrotnie podkreślałam, że kieruję się w życiu nauką Jezusa Chrystusa. Bo mi się podoba i uważam ją za słuszną! Bo posługując się nią człowiek jest przyzwoity. I według tego co rozumiem liczy się miłość do innych ludzi, a nie twarde przepisy i nieludzkie trzymanie się zasad.

I jeszcze morał, który wypływa z kilku dni mojego myślenia nad tym wszystkim:

Heroizmu możemy wymagać od siebie, nie możemy do niego zmuszać innych ludzi…

Łańcuch dobrej woli

Dostałam od przyjaciółki bardzo emocjonalną wiadomość na Facebooku. Przytoczę ją w całości i dosłownie tak jak została napisana. Bo i historia jest pełna napięć i silnych emocji, ale przede wszystkim dobrej woli. 

 „Dziś wybraliśmy się w końcu do naszego kolegi Domisiowego – Wojtusia, poznanego na szkole rodzenia no i do nich jedzie się od nas 2 autobusami a wraca 1  więc wsiedliśmy sobie w 25 który miał nas podwieźć na końcowy „park Bronowice” a stamtąd mieliśmy przejść 80 m na przystanek po drugiej stronie i przejechać 3 przystanki. Więc wsiedli my i oczywiście jakiś debil zajął torbą i wędką miejsce dla wózków, bo w Lublinie są debile, ale nie miałam siły się kłócić, więc staliśmy na środku  przejścia z Domisiem, który bił wszystkim brawo  no i tak jedziemy aż z tyłu przesiadła się starsza pani i mówi, że śliczny i w ogóle genialny i śliczny i niech go Bóg błogosławi, ale śliczny no i spoko.  No lubię jak ktoś mi syna komplementuje, ale nagle wypaliła z tekstem „ale jak wysiądziemy to trzeba się złożyć i zapłacić kierowcy że nas wiezie” a ja na to mina mniej więcej o_O że co? i mówię, że bilety kasujemy, a ona na to, że może my wiemy lepiej – to ona przecież jedzie z nami na wycieczkę. A ja … cholera …. coś mi nie pasi…więc dzielnie ją pytam „a gdzie pani jedzie” a ta mi odpowiada „ja z wycieczką, z wami wszystkimi, mam nadzieję, że do katedry pójdziemy – tam jest cudowny obraz” … a ja no cholera jasna może ona z kimś jest. Nie będę teraz dzwonić, bo kurde narozrabiam, ale ja na końcowy, a ona z nami nie? To się dowiem. No to ona wysiadła i wsiadła a ja tup tup do kierowców (bo właśnie mieli zmianę) i mówię „mogę pana prosić??” a on miły dla kobiety z wózkiem wyszedł i mówię mu, panie masz pan kobitkę na wycieczce alzhaimer czy ki diabeł, ja dzwonię na policję czy pan? trzeba kobiecie pomóc. a on biedny zaczynający zmianę „oż w mordę… to trzeba będzie na nich czekać” no to ja do niego „pan ją wyprosi z autobusu, ja dzwonię i na nich czekam, pan się nie martwi”  hehe a on „puuuufff co za dzień” pani wyszła i będzie szła do katedry. Ja już zadzwoniłam pan mówi, że jadą, wzięłam ją na przystanek i pytam o jakieś pierdoły, a ta się jak nie wyrwie do autobusu, bo ona na wycieczce nie? do katedry nie? a my w kilka osób: ale tym pani nie dojedziesz… na całe szczęście serio posiedziała minutę i dalej szpula ona siedzieć nie będzie – idzie do katedry. ona wie lepiej  ja ją raz zagadałam, a ich nie ma. No i ruszyła do katedry.  No to dzwonię z powrotem na 997 i mówię „to ja! z parku bronowice. pani idzie do katedry, a ja za nią – czerwony wózek” a koleś „super już ich kieruję dalej zaraz będą, niech pani za nią idzie”. No i idę i udaję, że nie idę i ona tak szła do katedry aż skręciła w abstrakcyjne miejsce  zdecydowanie nie do katedry. to ja dzwonię „to znów ja od tej pani co do katedry idzie. Skręciła na lubelskiego lipca. Czerwony wózek za nią”  on super, już im mówię, że w inną stronę poszła. No i idziemy i nagle na przystanku obczaiła autobus  i ona szpula do niego a ja se myślę „no cholera jasna! koleś nie zauważy jej” no i stała przy zamkniętych drzwiach i pierwszy raz chwaliłam kierowcę za nie zauważenie człowieka albo złośliwe nie otwarcie  no i se siadła. widzę! Jadą, muszą na rondzie wykręcić  no i podjechali i pytają czy ja dzwoniłam  mówię tak – pani siedzi na przystanku czeka na autobus kij wie gdzie  i podjechali  ja poszłam znów na swój autobus  dobrze, że na wcześniejszym przystanku tam gdzie miałam do Wojtusia tylko 1 autobus po 1 min mi podjechało  a Dominik był przegrzeczny, odwracam się jeszcze a pani policjantka panią złapała za hajdawer, bo znów chciała się zwinąć:  więc powinni sobie poradzić – od niej poza katedrą i wycieczką nic się nie można było dowiedzieć, gdzie mieszka – ona z nami na wycieczce, ze wszystkimi była  i jak miałam kryzys, że w mordę może olać… to myślałam i o Tobie i o tym, że jakby mojej babci coś było i by jej się szwendak włączył wolałabym żeby ktoś zareagował… wiem, że nie była zadowolona z mojej interwencji, ale bym sobie nie darowała. Amen koniec historii.”

Mam też w tej historii swój udział, gdyż moja przyjaciółka przełamała lęk, że niepotrzebnie się wtrąca przypominając sobie moje wścibstwo :)) To najpiękniejszy komplement jaki w życiu dostałam.

Mżawko – jesteś Wielka! Uratowałaś tą Panią przed jakąś złą przygodą, a może nawet jej życie.

Po co to przytaczam? Może kiedyś kolejnemu czytelnikowi przypomni się ta historia i zareaguje przełamując lęk i nieśmiałość. Już tyle razy pisałam: dobro rozchodzi się jak kręgi po kropli, która spadła do wody.

Specjalnie dla Mżawki z wyrazami uznania: