Dyskusja

Powoli wracam do żywych po krótkiej acz gwałtownej niedyspozycji żołądkowej. Została mi już tylko pewna słabość, ale aż rwę się do pisania. Miałam napisać tę notkę zaraz po poprzedniej, bo natchnęła mnie dyskusja jaka się wywiązała po niej. Ale nie dałam razy przez ostatnie dwa dni już niczego pisać. Nadrobię to sobie teraz.

Dyskusja według słownika języka polskiego to ustna lub pisemna wymiana zdań na jakiś temat mająca prowadzić do wspólnych wniosków. W tym jednak przypadku moja definicja tego słowa będzie bliższa tej z wikipedii:

„jeden ze sposobów wymiany poglądów na określony temat, opartych na argumentach, prowadzona w gronie dwóch lub więcej osób. Dyskusja może mieć formę ustną  lub pisemną. W wyniku dyskusji dochodzi do ścierania się różnych poglądów związanych z różnymi punktami widzenia osób prowadzących dyskusję. Określenie zbieżnego (wspólnego) stanowiska, o ile do tego dojdzie, może mieć formę kompromisu lub konsensusu”.

Tytułowa apostazja z poprzedniej notki jest tematem kontrowersyjnym wywołującym silne emocje. Ludzie często zajmują wobec niej skrajne postawy (podobnie jak w przypadku innych tematów: aborcji, eutanazji, kary śmierci itp.). Jestem dumna, że rozmowa pod poprzednią notką przyjęła taki kształt jaki przyjęła. Z pewnym wyjątkiem. Ale to i dobrze, bo łatwiej mi będzie napisać o co walczę od lat. Mianowicie uważam, że każdy pogląd nawet skrajny można wyrazić w odpowiedniej formie posiłkując się argumentami. Natomiast źle jest jeśli człowiek będący pewny swojej racji zaczyna używać obraźliwych epitetów. Bo personalny atak lub atak na kogoś / coś istotnego dla innej osoby wywołuje niemal z automatu chęć rewanżu, wyzwala silne emocje, powoduje, że rozmowa przybiera formę walki. Uważam też, że nic nie usprawiedliwia używania obraźliwych epitetów np. uogólniających wszystkich z danej grupy. Dlaczego? Bo zazwyczaj w każdej grupie są i dobrze i źli, mądrzy i głupi, wysocy i niscy – zgodnie z rozkładem normalnym (Gaussa) ze statystyki matematycznej. A więc w każdej grupie zawodowej będzie odrobina czystych jak śnieg ludzi, troszkę więcej dobrych z drobnymi wykroczeniami, dużo ludzi przeciętnych, którzy są dobrze, ale i mają za uszami, mało występnych z przebłyskami dobra i odrobina zepsutych do szpiku kości. Nie wiem czy mi ten przykład wyszedł (jest się do czego przyczepić) ale myślę, że mnie rozumiecie.

Wracając zaś do dyskusji – silne emocje nie są najlepszym doradcą. Wiem na własnej skórze i Wy wiecie, bo zdarza mi się reagować impulsywnie na coś co wydaje mi się, że zostało napisane. Ale mozolnie uczę się nie reagować natychmiast. I to przynosi skutek. Staram się jak mogę posługiwać prawdziwymi argumentami bez obrażania personalnie rozmówcy czy też innych osób, które mogą być ważne dla rozmówcy.

Ograniczam ekspresję? Tłumię instynkty? Powinnam mieć gdzieś uczucia innych skoro uważam, że mam rację? Ja uważam, że nie. Po dyskusji nadal chcę mieć dobre relacje z uprzednimi dyskutantami, nie chcę więc obrażać ani ich ani bliskich im idei czy ludzi. I chcę także już po całej zawierusze, ot choćby tu na blogu, nadal móc patrzeć sobie w oczy gdy zmywam wieczorem makijaż. Nie chcę unikać patrzenia sobie w oczy. 

Jestem dumna z rozmów jakie tu prowadzimy. Nawet ta o apostazji była przykładem wręcz salonowej wymiany zdań w porównaniu do innych portali, blogów, komentarzy pod artykułami. Pielęgnujmy to bo to wartość. Rozmawiajmy ze sobą pokazując jak się różnimy, jak inaczej widzimy świat. Stwórzmy jak najwięcej miejsc, gdzie ludzi się łączy a nie dzieli. Możemy się lubić mając przeciwne zdanie na apostazję, politykę i inne takie kontrowersyjne sprawy. 

Obrzydzenie

Od dwóch dni czuję nieustanne obrzydzenie. Nie mogę uwierzyć, że oglądalność, czytalność, polityczny kapitał oraz sławę można budować na hipotetycznej i potencjalnej aborcji, która wedle zapowiedzi pani Katarzyny Bratkowskiej ma się dokonać w Wigilię Bożego Narodzenia.

Pani Katarzyna Bratkowska twierdzi, że jest w ciąży i ja przerwie akurat w jeden z najświętszych dla katolików dni. Zakładam, że w ciąży nie jest, a jej wyznanie miało być policzkiem wymierzonym posłowi Żalkowi (sama to w wywiadzie poniekąd potwierdza mówiąc o swojej reakcji na postawę posła, który wydał się pani Bratkowskiej odporny na argumenty) oraz katolikom. W imię czego? Wolności do decydowania o swoim ciele, o swoim życiu. Kobieta ma prawo uprawiać seks, zachodzić w ciążę i ją usuwać. Nikomu nic do tego. Nawet nie trzeba mieć powodu. Wystarczy „nie chcę”. Zupełnie jak w socjalizmie realnym. Kobiety zamiast się zabezpieczać (czy wymagać tego od mężczyzny) stosowały aborcję. Tylko, że wtedy antykoncepcja była toporna. Teraz zaś do wyboru, do koloru…

Czuję obrzydzenie bo:

1) Wielu światłych ludzi twierdzi, że to tylko blastula… O istnieniu blastuli zaś kobieta nie ma pojęcia. Gdy w ogóle ma szansę dowiedzieć się, że jest w ciąży, rozwój zarodka jest już o wiele bardziej zaawansowany. Wystarczy przeczytać dowolny artykuł dotyczący rozwoju ciąży (nawet w necie);

2) Wielu ludzi, którzy są przeciwnikami aborcji życzą śmierci tej pani. To się wzajemnie wyklucza…

3) Nie potrafię pogodzić się z takim brakiem poszanowania uczuć innego człowieka (milionów ludzi). Celem zaś tej prowokacji jest zdobycie sławy i poklasku. Poklasku dla czego? Nie wiem czemu uparcie przychodzi mi na myśl słowo egocentryzm. Wiecie co? Gdyby nie zdolność: do empatii, odpowiedzialności za swoje czyny, do zrezygnowania ze swoich pragnień żaden związek by się nie utrzymał. Czasem trzeba zrezygnować z upartego realizowania swojego zdania, czasem trzeba pozwolić aby decydowała ta druga osoba. Nikt nie powiedział, że całe życie będzie balem i zawsze będziemy robić tylko to na co mamy ochotę. 

4) Nie potrafię się pogodzić z formą „dyskusji”, która wybuchła po manifeście pani Bratkowskiej. Dla wielu ludzi po prostu „moje” musi być na wierzchu. Nie słuchają argumentów przeciwników, a gdy nie potrafią przekonać do swojej opinii – depczą i mieszają z błotem.

I to wszystko przed świętami, które są symbolem bycia razem, bliskości rodzinnej, ciepła i miłości… Przykro mi.

Dyskusja z przyjaciółmi

Z pouczającej dyskusji na kilku blogach i moim własnym dowiedziałam się, że:

1) Jestem za głupia by brać udział w referendum i wypowiadać się na temat edukacji w Polsce (mogę ewentualnie głosować na kandydatów, ale merytorycznie nie znam się i mam milczeć), ale..

2) I tak mogę zostać posądzona, że się nie znam bo zagłosuję na złego kandydata;

3) Potencjalnie traktuję z pogardą lub / i pobłażaniem osoby z podstawowym wykształceniem;

4) Należę do grupy osób, które z przyczyn osobistych chcą zaszkodzić (celowo) swojemu dziecku (uważając, że decyzja o wieku szkolnym powinna być uzależniona od diagnozy dojrzałości szkolnej a nie od daty urodzenia);

5) Tak na prawdę chodzi mi tylko o opiekę nad dzieckiem w przedszkolu i z powodu partykularnego interesu zadziałam na szkodę moich dzieci;

6) Jestem hipokrytką lub / i jestem zaślepiona swoimi fanaberiami;

7) mam płytką i powierzchowną ocenę zjawisk społecznych i jestem bezrefleksyjna gdy mam inne zdanie niż rozmówca;

8) mam rozbuchane ego, które cierpi, gdyż nie mogę postawić na swoim.

 

Nie ma jak dyskusja z przyjaciółmi…