Bezdomny węzeł gordyjski

Pkanalia wczoraj zapytał mnie czemu tak pędzę z materiałem 🙂 Ano wykorzystuję czas póki go mam. Wiecie jak to jest „gdy nie ma dzieci w domu…”. Poza tym nagromadziło mi się materiałów i przemyśleń. Gotowanie, prasowanie, zszywanie podartych spodenek itp. niesie ze sobą ryzyko hasania myśli.

Kilka tygodni temu w naszym mieście zdarzył się incydent, który był początkiem przemyśleń na temat bezdomności, wolności jednostki, granic uznawania tej wolności, życia i śmierci, odpowiedzialności urzędów i urzędników… Otóż kilka tygodni temu zmarł pewien bezdomny mężczyzna. Zmarł wkrótce po przewiezieniu go do szpitala. Wcześniej Straż Miejska i pracownik socjalny z ramienia MOPS (zajmujący się problemem bezdomności) wielokrotnie próbowali skłonić tego człowieka do porzucenia koczowniczego trybu życia na osiedlu i zabrania do do Centrum Edukacji Socjalnej. CES to miejsce dla osób bezdomnych, ale nie tradycyjna noclegownia. Mieszkający tu ludzie funkcjonują jak w normalnym domu, sprzątają, gotują, pracują. Mają zapewnione wsparcie pracowników socjalnych oraz instruktorów zawodu a także prawnika. Aby tu zostać muszą podjąć leczenie (uzależnienia, psychologiczne, somatyczne) w zależności od potrzeb i konieczności i trzymać się zasad domu. M. in. nie wolno tu spożywać alkoholu, używać innych substancji psychoaktywnych (z wyjątkiem nikotyny ale i to tylko na powietrzu). Jeśli macie ochotę na więcej szczegółów to podaję link CES. Warto się zapoznać bo to świetnie działające miejsce.

Wracając do pana, o którym mowa. Przebywał on ponad dobę w CES’ie jakiś czas temu, ale jak głośno twierdził już tam nie wróci, bo nie podobają mu się ograniczenia, które tam panują. Pytany czy chodzi o zakaz picia alkohol potwierdził to. Poza tym gdy Straż Miejska chciała go zabrać z miejsca koczowania i udzielić mu pomocy odmawiał jej. Odmówił również na piśmie. Podobnie pracownikowi MOPS. Miał poranione, zmienione chorobowo ręce i osoby którym ufał prosił np. o jakąś maść do ich posmarowania. Czy zrobiliśmy wszystko co było można aby mu pomóc? W świetle panujących przepisów – tak. Miał prawo odmawiać instytucjonalnej pomocy… Czy można było zrobić coś jeszcze? Jakoś inaczej?

Mam pewien pomysł ale jest kontrowersyjny i sama widzę jego ograniczenia. Otóż gdybyśmy poza CES’em mieli jeszcze klasyczną noclegownię: pobyt tylko od 18 do 8 rano (w zimie) i od 20 do 6 rano (w lecie), z prostymi i podstawowymi miejscami do spania, prostym posiłkiem, gorącą herbatą, natryskami, podstawowymi lekami bez recepty… i kimś kto potrafi dogadać się z towarzystwem i będzie próbował motywować do zmiany, do terapii, do ratowania życia. Może część z tych ludzi, którzy umierają pod mostem żyłaby na tyle długo aby zechcieć znaleźć się w CES. Z drugiej strony takie miejsce odbierałoby element nacisku jaki teraz ma CES jako jedyne ciepłe schronienie. Głośno i publicznie myślę i liczę na to, że odezwą się osoby, które się mądrze wypowiedzą. Bo wiecie: mam w głowie przykład bliskiego znajomego, który od lat jest w ciągu. Pije więcej lub mniej ale za to codziennie. I wiem, że gdyby los skierowałby na ulicę, w krzaki albo pod most to on by do CES nie poszedł. Za bardzo boi się odstawienia alkoholu. I mimo wiedzy o chorobie, z biegiem lat coraz trudniej mi powiedzieć niech umiera w tych krzakach. Bo czasem trzeba czasu na wykrzesanie z siebie motywacji, czasem potrzebny jest wypadek losowy, który zmusi np. do pobytu w szpitalu. Poza tym każdemu trzeba czasem ludzkiej obecności, ciepła i dostrzeżenia iskry człowieczeństwa w czasem bardzo zniszczonej powłoce cielesnej.

Może potrzeba nam jeszcze innych form działania?

Marzenie

Zdaję sobie sprawę, że mam dziwne pomysły (dziwne dla przeciętnego obywatela), ale mam ochotę podzielić się dziś moim zawodowym marzeniem. Nie znaczy to, że moja obecna praca nie sprawia mi satysfakcji (choć na efekty przychodzi długo czekać, a najczęściej efektu nie ma wcale lub jest niewielki).

Moje zawodowe marzenie przypomniało mi się dzięki Pkanalii i jego tekstowi na temat marihuany (temat, który nas zaprawia w gorącej dyskusji od wielu miesięcy). W swojej notce napisał o redukcji szkód. I to sformułowanie przypomniało mi moje największe, niespełnione marzenie zawodowe. Już dawno chciałam zająć się streetworkingiem. Dla tych, którzy jeszcze nie spotkali się z tym terminem lub nie wiedzą co oznacza: streetworking to specyficzna forma pracy socjalnej w terenie z osobami wykluczonymi społecznie lub zagrożonymi takim wykluczeniem (bezdomnymi, osobami uzależnionymi, młodzieżą zagrożoną demoralizacją lub prostytutkami itp.). To właśnie forma pracy socjalnej nastawiona na redukcję szkód, obejmuje: poradnictwo, wsparcie psychologiczne, profilaktykę. A najczęściej oznacza mówiąc po ludzku, że jednostka ludzka traktuje po ludzku osoby, które zazwyczaj tak traktowane nie są. I stara się uratować jak najwięcej osób lub zachować w nich jak najwięcej zdrowia i sprawności. Choćby z tego względu, że nigdy nie wiemy kto i kiedy się przebudzi do innego życia.

Próbkę takiej pracy (w pewnym sensie) miałam będąc pracownikiem socjalnym w Fundacji „Być Razem”. Cele udawało się osiągnąć pracując razem z osobami, które wymagały jakiejś formy wsparcia czyli np. szlifując ramki razem na stolarni :)) Przy takim szlifowaniu niejednokrotnie udawało się poprowadzić niemal sesję terapeutyczną. Fajna sprawa :)) Bo niektóre osoby nie pójdą do poradni czy Ośrodka Pomocy Społecznej. Z wielu przyczyn: zraziły się, duma albo strach im nie pozwala itp. A czasami podczas wspólnej pracy można porozmawiać, pokazać inne rozwiązania. I nie jako guru czy ktoś lepszy. Nie! To działa jeśli jest się osobą jedną z nich i jest się obdarzonym zaufaniem.

Myślę, że docieranie bezpośrednio do osób najciężej poszkodowanych przez los, takich, które same się odsunęły lub zostały odsunięte przez społeczeństwo i rozmowa z nimi w ich środowisku, w znanym (i bezpiecznym) otoczeniu ma sens. Tak po ludzku: każdy potrzebuje czasem drugiego człowieka i tak ekonomicznie: nie stać nas na pogłębianie się szkód zdrowotnych u osób silnie uzależnionych od alkoholu i narkotyków, osób bezdomnych i zupełnie bezradnych…

Kwestia zaufania

Kwestia zaufania wypływa w każdej rozmowie z członkami rodzin osób uzależnionych a także w rozmowach z samymi uzależnionymi. Nie muszę szukać daleko. Wczoraj rozmawiałam z tatą pewnego nastolatka, który stwierdził, że każde wyjście syna na pole, on i jego żona okupują niesamowitym lekiem, że tym razem jednak się złamie i wróci naćpany.

Problem zaufania w rodzinach gdzie występuje uzależnienie jest często jednym z zarzewi konfliktu. Rodzina uzależnionego zawiedziona w swoim zaufaniu i nadziejach tysiąc razy, bardzo często nie jest w stanie zaufać tysiąc pierwszy raz, nawet gdy alkoholik (lub uzależniony od czegoś innego) przestaje właśnie używać i jest z tego bardzo dumny. Osoba uzależniona oczekuje (w sposób nieuświadomiony) dość często oklasków, głasków i innych dowodów uznania. A tu okazuje się, że wszyscy patrzą podejrzliwie kiedy dobre się skończy, obwąchują jawnie, lub dają całuski węsząc jednocześnie w powietrzu, albo wpatrują się natrętnie w oczy itp. Każde spóźnienie jest w stanie wywołać karczemną awanturę, gdyż rodzina oczekiwała na spóźniającego się w stanie coraz większego napięcia wyobrażając sobie coraz plastyczniej kolejne ekscesy i oczekując telefonu lub wizyty policji itp. Gdy delikwent staje w drzwiach spóźniony ale trzeźwy najczęściej napięcie znajduje ujście w awanturze i wypominaniu przeszłości. To nie jest prosta sytuacja.

Według moich wieloletnich obserwacji zawodowych zaufanie wraca samo po stosownym czasie. Ale nie dzieje się to szybko. Traciło się je bardzo długo i zbyt wiele razy zostało podeptane kolejnym zapiciem (ćpaniem/graniem itp.). Teraz zaś trzeba czasu aby rodzina przyzwyczaiła się do trzeźwości. Jeśli zaś ktoś z członków rodziny nie radzi sobie z napięciem czasem wskazane jest aby sięgnął po pomoc terapeutyczną. To bardzo ważne aby poradzić sobie z własnymi lękami, stresem i poczuciem krzywdy oraz zdobyć wiedzę jak postępować z osobą uzależnioną aby czuć się najbardziej komfortowo i postępować optymalnie dla całej rodziny.

Kwestia zaufania w terapii prowadzi do kolejnych zagadnień. Osoba uzależniona musi uzbroić się w cierpliwość i wziąć na siebie odpowiedzialność z utracone zaufanie. To prowadzi do pokory i szczerości wobec siebie, do usuwania mechanizmów obronnych i brania choroby (i swojego postępowania) taką jaka jest. Taka postawa przyśpiesza powrót zaufania, zwłaszcza gdy osoba uzależniona umie coraz szczerzej i otwarcie rozmawiać z członkami rodziny.

Jeśli mnie kochasz

Dawno nie było żadnego branżowego wpisu. Podczas słuchania muzyki natknęłam się ostatnio na zapomniany kawałek Evanescence „Call me when you’re sober” (Dzwoń do mnie gdy jesteś trzeźwy).

Tekst, który nasunął mi potrzebę napisania tej notki w tłumaczeniu na polski brzmi tak (tłumaczenie ze tekstowo.pl):

Nie płacz za mną,
Gdybyś mnie kochał,
Byłbyś tu ze mną.
Chcesz mnie?
Chodź, znajdź mnie.
Zdecyduj się…

Czy powinnam pozwolić Ci upaść?
Stracić wszystko?
Może wtedy byś się opamiętał… 
Nie potrafię przestać wierzyć,
Ale tylko się oszukujemy ,
Mam już dość tego kłamstwa, spóźniłeś się.

Nie płacz za mną,
(…)

Nie mogę wziąć winy na siebie, 
Byłabym chora ze wstydu. 
Przegranie swojej własnej gry musi być wyczerpujące. 
Samolubnie znienawidzony, niewątpliwie znudzony, 
Tym razem nie będziesz grał ofiary, 
Spóźniłeś się.

Nie płacz za mną,
(…)

Nigdy nie dzwonisz do mnie, kiedy jesteś trzeźwy,
Teraz chcesz tego tylko dlatego, że to już koniec… 
To koniec… 

Jak mogłam spalić raj?
Jak mogłam? Nigdy nie byłeś mój!

Więc nie płacz za mną!
Gdybyś mnie kochał,
Byłbyś tu ze mną.
nie kłam mi.
Po prostu weź swoje rzeczy,
Zdecydowałam za Ciebie.

Osoby, które są w związku z osobą uzależnioną od substancji psychoaktywnej bardzo długo nie rozumieją co się dzieje. Próbują próśb, gróź, szantażu, odwracania uwagi. Nic nie skutkuje. Pojawia się myśl o własnej nieudolności, kryzys wiary we własne możliwości i atuty oraz myśl „nie kocha mnie”. Bo gdyby kochał (kochała) to przecież bez żadnego trudu zostawiłby (zostawiłaby) narkotyki czy alkohol. To nie takie proste. Po pierwsze osoba uzależniona ma poważne problemy z prawidłowym odczuwaniem emocji. Emocje są rozchwiane, pełne sprzeczności i mocno wiążą się z tym czy akurat substancja psychoaktywna działa czy właśnie przestała działać. Skoki nastroju są niewiarygodne: od nienawidzę cię, odejdź, nic nas już nie łączy do kocham cię, przepraszam, zostań. I to wszystko w ciągu kilku minut. Egoizm i egocentryzm także utrudnia prawidłowe nazywanie i przeżywanie uczuć. Po drugie jednak miłość i przywiązanie faktycznie w większości przypadków istnieją, ale nie jest ani trochę wystarczającym motywem do zaprzestania zażywania. Zresztą utrata kontroli nad używaniem jest jednym z głównych objawów chorobowych. Powiedzenie: „jeśli mnie kochasz przestaniesz kaszleć” jest tak samo skuteczne jak „jeśli mnie kochasz przestaniesz pić”. Kaszleć przestajemy gdy znikną bakterie albo wirusy albo czynniki alergizujące, a nie z miłości. Pić czy ćpać przestaje się gdy nieznośne cierpienie i straty z powodu uzależnienia przewyższą nadzieje na relaks, przyjemność oraz lęk przed zespołem abstynencyjnym. 

Druga strona medalu osoba kochająca osobę uzależnioną musi się często zdecydować jak tę miłość okazać. Jeśli motorem jej (jego) działania jest miłość to aby odniosła skutek musi być „twardą miłością”. (Inna rzecz, że napędem do działania często są inne emocje niż miłość: chęć odegrania, się, wygrania, potrzeba dominacji. Takie intencje zostaną wychwycone i wojna gotowa). Jeśli ktoś kocha osobę uzależnioną (tak naprawdę) to z miłości pozwoli jej upaść i ponieść konsekwencje jej zachowań. Najtrudniej to przekazać mamom osób uzależnionych. Większość matek jest tak skonstruowana, że będę chronić swoje dzieci, podnosić, ratować. A tu akurat przynosi to odwrotny skutek, bo przedłuża agonię

A więc w bliskiej relacji z osobą uzależnioną najlepsza droga działania to „kocham Cię i dlatego pozwolę Ci upaść tak nisko jak potrzebujesz aby zacząć zdrowieć”. I postawienie sobie i tej drugiej osobie rozsądnej granicy, poza którą już nie ma na co czekać. Tekst powyższej piosenki pięknie mi się w te dywagacje wpisuje.

Alkoholowa wolność

Pewna wymiana myśli z bardzo mądrą i wartościową osobą dała mi kopa do napisanie tego tekstu.

Otóż ludzie stykający się z osobą uzależnioną widzą tylko jej działania. One nieraz są podłe, nieraz irracjonalne, nieraz całkiem idiotyczne a przynajmniej niezrozumiałe. Ale tam w środku osoby te najczęściej cierpią. Nawet jeśli picie na początku drogi do uzależnienia przynosiło ulgę, euforię, poczucie mocy to w pewnym momencie tak już się nie dzieje. Celowo piszę „daje poczucie”, bo to co się uzależnionemu wydaje wybitną oracją i natchnionym dziełem w pewnym momencie jest już tylko pijackim bełkotem. Wielu ludzi uważa, że alkohol pozwala wyzwolić się z okowów doczesności oraz ograniczeń. U wielu z pewnością tak się dzieje. Przecież pierwszym ośrodkiem w mózgu, który alkohol wyłącza jest ośrodek odpowiedzialny za zahamowania społeczne. Jeśli osoba uzależniona jest nieśmiała, pełna lęku, niewiary w siebie alkohol pozawala jej to wyłączyć. Iluż już ludzi poznałam, którzy bali się odezwać do kobiety, bo byli pewnie, że są nieciekawi, brzydcy, głupi, zbyt grubi / zbyt chudzi itp. Alkohol pozwalał poczuć się lwem salonowym.

Problem w tym, że jeśli człowiek nie zmieni obrazu własnej osoby na trzeźwo wewnątrz siebie, to będzie sięgał po alkohol czy narkotyki coraz częściej aby nie musieć rezygnować z jego „dobroczynnego” działania. Skutkiem jest uzależnienie. Wiem, że wielu czytelników czyta te dywagacje o uzależnieniu jak bajkę o żelaznym wilku. Ale uwierzcie mi, że te wszystkie „pozytywne” efekty któregoś dnia się kończą. Nadchodzi pierwszy takie dzień kiedy nie pije się już dla euforii, mocy twórczej czy innych pozytywnych efektów tylko po to aby nie czuć się już tak źle. Jeśli nie przestanie się pić, nadejdzie i taki dzień kiedy kieliszek będzie miał złagodzić piekielny ból fizyczny, psychiczny i moralny. Osoby, które są już w fazie chronicznej nie piją dla euforii, artystycznych szałów czy poczucia mocy. Piją aby nie cierpieć tak koszmarnie. Przecież zaprzestanie picia na tym etapie wiąże się z zespołem abstynencyjnym (ból wnętrzności, biegunka, wymioty, gorączka, poty, nudności, rozedrganie psychiczne i drżenie mięśni, lęki, czasem i objawy psychotyczne). Do tego dochodzi potworny wstyd, widok własnej ruiny życiowej i lęk przed przyszłością. Z błahych powodów nikt będący w ciągu sam sobie tego nie zafunduje. Najczęściej wplątuje się tu czynnik zewnętrzny w postaci braku pieniędzy, hospitalizacji, aresztowania itp.

I jeszcze o wenie twórczej i poczuciu mocy i wolności – stanami, które nieraz kojarzą się ludziom ze spożywaniem środków psychoaktywnych. Artyści to osoby szczególnie wrażliwe i nierzadko niepewne własnej wartości choć przecież tacy zdolni. Często trudno znoszą krytykę bo odbierają ją jako totalne zdeprecjonowanie własnego „ja”. Są to też osoby często nieśmiałe, które przeżywają tremę. Jeśli nauczą się, ze alkohol dodaje im pewności będą z niego korzystać i korzystać do przesady. U takich osób oprócz lęku przed zespołem abstynencyjnym, przed poczuciem winy i wstydu dochodzi także lęk przed utratą natchnienia i / lub możliwości artystycznej ekspresji. Bo jakże to? Na trzeźwo? Okazuje się jednak, że ten dodatkowy lęk jest także wytworem mechanizmów obronnych. Okazuje się także, że artyści, którzy zaprzestali używania środków zmieniających świadomość potrafią  dalej tworzyć, o ile wzmocnili swoje poczucie wartości i przepracowali wiele lęków i problemów. Znam wiele takich przypadków.

Wolność to wolność. Ona jest w nas, nie może zależeć od butelki czy szluga.

Mojej muzie, która przyczyniła się  do powstania tego tekstu bardzo dziękuję. Dziękuje za otwartość, zaufanie i mądre uwagi.

Poniżej dna

Uzależnienie od alkoholu jest trudne do leczenia z powodu silnych mechanizmów obronnych chorego. Mechanizmy te nie pozwalają mu na obserwowanie świata takim jaki on jest. Zniekształcenia są poważne i dotyczą zarówno rejestrowania bodźców zmysłami ale także myślenia. Wielokrotnie pisałam już o tych mechanizmach (nałogowego regulowania emocji, iluzji i zaprzeczania oraz dumy i kontroli). To przez ich działanie dany delikwent nie chce się leczyć i uparcie twierdzi, że nic złego się nie dzieje. Oddziaływanie tych mechanizmów obronnych nie jest taka samo intensywne w każdej chwili życia. Okresowo słabnie i wtedy do człowieka dochodzi prawda o jego stanie: zarówno zdrowia jak i aktualnych relacji społecznych. To powoduje wstyd, ból, frustrację – jednym słowem silne cierpienie. A alkoholik zna prawie wyłącznie jeden sposób na zredukowanie tego cierpienia – picie.

Żeby to błędne koło przerwać informacje z otoczenia muszą być tak silne żeby rozwiać „pijane” myślenie. Jednocześnie straty z dalszego picia muszą się jawić jako gorsze niż kontynuowanie picia. To jest to tzw. dno. Każdy ma je inne. Jeden musi przejechać kogoś po pijanemu, inny zostać sam w pustym domu, bez prądu, wody, gazu itp. a jeszcze innemu wystarczy uświadomienie sobie, że z oczu dziecka wyziera wstyd, wstręt i cierpienie. Najczęściej jest to groźba zostania samemu lub / i śmierci w przypadku dalszego picia.

Ale są też takie sytuacje gdy człowiek straci wszystko, wie, że w przypadku dalszego picia koniec jest bliski, ale nie ma już siły i motywacji żeby spróbować jeszcze raz. Instynkt samozachowawczy już dawno nie działa prawidłowo. Człowiek, do którego dociera ogrom strat i zniszczeń widzi je w pewnym momencie w całej rozciągłości ale uważa, że już za późno, że nie da rady. Poddaje się. Koniec jest nieuchronny i bliski… W takiej sytuacji można liczyć już tylko na cud. Cuda się zdarzają! Wiem to z całą pewnością. Opisywałam tu już takie przypadki. Ot choćby w tym wpisie:  Anioł. O takim cudzie mówił mi ostatnio jeden z moich pacjentów, który po kilkunastu próbach, nie pije jakieś dwa lata. Żeby daleko nie szukać można wykorzystać tu także historię Billa W. (założyciela AA), który też nigdy nie zrozumiał do końca co stało się punktem przełomowym. Może to światło w głowie lub sercu to ostatnia próba instynktu samozachowawczego? Wielu ludzi wierzy, ze to głos Boga. Nie wiem! Ale bardzo często w fazie chronicznej bez tego cudu historia chorego kończy się śmiercią.

Pewnie są tu osoby, które śledzą historię mojej tajemniczej znajomości z pewnym bardzo mądrym i uzdolnionym człowiekiem, który jednak nie chce przestać pić. To moje ćwiczenie bezsilności i nieustanne oczekiwanie cudu. Bo to sytuacja spod dna…

Dlaczego nie Ty?

Od kiedy pamiętam podczas terapii pada pytanie „Dlaczego ja?”/”Dlaczego mnie to spotkało?”. Pewien bardzo mądry terapeuta, dawno, dawno temu u zarania mojej drogi zawodowej powiedział kiedyś taką ripostę: „No dobrze, zastanów się, ale dlaczego nie Ty”. Coś w tym jest!

Pacjenci zawsze mają taki moment kryzysu, złości, przeklinania. To charakterystyczne dla procesu żałoby. Bo rezygnacja z alkoholu/narkotyków lub poczucia omnipotencji w swojej rodzinie (w przypadku osób współuzależnionych) wiąże się z poczuciem dotkliwej straty. A zatem na początku jest niewiara, że mnie to spotyka, potem złość na kolegów, uzależnionego rodzica, Boga, partnera życiowego czy kogo tam chcecie, a kogo obwinia się w takiej chwili o swój obecny stan i konieczność wyrzeczenia się czegoś istotnego. W ogóle w przypadku osób uzależnionych docierają do człowieka własnego ograniczenia (nie tylko wyrzeczenie się używki, ale także grupy ludzi z którymi się piło / brało). W przypadku osób bardzo młodych takie ograniczenie kojarzy się raczej z apokalipsą. 

Kiedy konieczność przeprowadzenia zmiany w życiu wiążę się z przyparciem do muru (śmierci, zawodowego niebytu, utraty wolności, skraju załamania psychicznego) czyli tzw. dna delikwentowi jest łatwiej uznać, że to konieczne, bo trzeba ratować coś bardzo cennego. Cenniejszego niż wóda / kontrolowanie otoczenia. Ale i wtedy pojawia się jak mantra; „Dlaczego mnie to spotkało?”, „Dlaczego ja?”, „Za jakie grzechy?” itp.

Pogodzenie się z tym, że się jest chorym na ciężką, przewlekłą, śmiertelną (jeśli nie leczona) chorobę jest długim procesem. Podobnie jak pogodzenie się, że tkwi się w chorym i niebezpiecznym układzie i trzeba zacząć zmiany od siebie jest trudne do przełknięcia przez osoby współuzależnione. Według mnie bardzo pomaga takie powieszenie sobie „Ale dlaczego nie ja”. Po prostu tak czasem jest, że chorujemy, cierpimy… Nie ma sensu doszukiwać się przekleństwa czy złośliwości losu. Zresztą powiem Wam w tajemnicy, że są gorsze choroby niż uzależniania. Alkoholik w sumie ma tylko jedno ograniczenie, nazwijmy je dietetyczne, unikać jak ognia alkoholu i wszelkich produktów z jego zawartością. Kropka. Tak mało. I tak wiele. Ale mimo wszystko lepsze to niż cukrzyca czy stwardnienie rozsiane. Bo uzależnienie można łatwo zatrzymać i kontrolować (tak wiem, że słowo łatwo jest tu względne), a tamtych chorób już nie. Porządnie leczone uzależnienie czy współuzależnienie niesie też bardzo pozytywne treści i zmienia optykę patrzenia na życie. Można oczywiście zatrzymać się na etapie użalania nad sobą, złoszczenia na pijących rodziców czy kolegów, wynajdować powody swojego obecnego stanu, ale co to da? Nieprzyjemne emocje, które zakończą swą świadomość w knajpie… 

Może ta choroba czy zaburzenie ma coś Ci dać? Może potrzeba Ci doświadczeń życiowych? Skoro to już się wydarzyło – nie żałuj, podnieś się i idź dalej. I bądź szczęśliwy. Tego co było już się nie cofnie… A wiele dopiero przed Tobą – już innym Tobą :))