Jeśli mnie kochasz

Dawno nie było żadnego branżowego wpisu. Podczas słuchania muzyki natknęłam się ostatnio na zapomniany kawałek Evanescence „Call me when you’re sober” (Dzwoń do mnie gdy jesteś trzeźwy).

Tekst, który nasunął mi potrzebę napisania tej notki w tłumaczeniu na polski brzmi tak (tłumaczenie ze tekstowo.pl):

Nie płacz za mną,
Gdybyś mnie kochał,
Byłbyś tu ze mną.
Chcesz mnie?
Chodź, znajdź mnie.
Zdecyduj się…

Czy powinnam pozwolić Ci upaść?
Stracić wszystko?
Może wtedy byś się opamiętał… 
Nie potrafię przestać wierzyć,
Ale tylko się oszukujemy ,
Mam już dość tego kłamstwa, spóźniłeś się.

Nie płacz za mną,
(…)

Nie mogę wziąć winy na siebie, 
Byłabym chora ze wstydu. 
Przegranie swojej własnej gry musi być wyczerpujące. 
Samolubnie znienawidzony, niewątpliwie znudzony, 
Tym razem nie będziesz grał ofiary, 
Spóźniłeś się.

Nie płacz za mną,
(…)

Nigdy nie dzwonisz do mnie, kiedy jesteś trzeźwy,
Teraz chcesz tego tylko dlatego, że to już koniec… 
To koniec… 

Jak mogłam spalić raj?
Jak mogłam? Nigdy nie byłeś mój!

Więc nie płacz za mną!
Gdybyś mnie kochał,
Byłbyś tu ze mną.
nie kłam mi.
Po prostu weź swoje rzeczy,
Zdecydowałam za Ciebie.

Osoby, które są w związku z osobą uzależnioną od substancji psychoaktywnej bardzo długo nie rozumieją co się dzieje. Próbują próśb, gróź, szantażu, odwracania uwagi. Nic nie skutkuje. Pojawia się myśl o własnej nieudolności, kryzys wiary we własne możliwości i atuty oraz myśl „nie kocha mnie”. Bo gdyby kochał (kochała) to przecież bez żadnego trudu zostawiłby (zostawiłaby) narkotyki czy alkohol. To nie takie proste. Po pierwsze osoba uzależniona ma poważne problemy z prawidłowym odczuwaniem emocji. Emocje są rozchwiane, pełne sprzeczności i mocno wiążą się z tym czy akurat substancja psychoaktywna działa czy właśnie przestała działać. Skoki nastroju są niewiarygodne: od nienawidzę cię, odejdź, nic nas już nie łączy do kocham cię, przepraszam, zostań. I to wszystko w ciągu kilku minut. Egoizm i egocentryzm także utrudnia prawidłowe nazywanie i przeżywanie uczuć. Po drugie jednak miłość i przywiązanie faktycznie w większości przypadków istnieją, ale nie jest ani trochę wystarczającym motywem do zaprzestania zażywania. Zresztą utrata kontroli nad używaniem jest jednym z głównych objawów chorobowych. Powiedzenie: „jeśli mnie kochasz przestaniesz kaszleć” jest tak samo skuteczne jak „jeśli mnie kochasz przestaniesz pić”. Kaszleć przestajemy gdy znikną bakterie albo wirusy albo czynniki alergizujące, a nie z miłości. Pić czy ćpać przestaje się gdy nieznośne cierpienie i straty z powodu uzależnienia przewyższą nadzieje na relaks, przyjemność oraz lęk przed zespołem abstynencyjnym. 

Druga strona medalu osoba kochająca osobę uzależnioną musi się często zdecydować jak tę miłość okazać. Jeśli motorem jej (jego) działania jest miłość to aby odniosła skutek musi być „twardą miłością”. (Inna rzecz, że napędem do działania często są inne emocje niż miłość: chęć odegrania, się, wygrania, potrzeba dominacji. Takie intencje zostaną wychwycone i wojna gotowa). Jeśli ktoś kocha osobę uzależnioną (tak naprawdę) to z miłości pozwoli jej upaść i ponieść konsekwencje jej zachowań. Najtrudniej to przekazać mamom osób uzależnionych. Większość matek jest tak skonstruowana, że będę chronić swoje dzieci, podnosić, ratować. A tu akurat przynosi to odwrotny skutek, bo przedłuża agonię

A więc w bliskiej relacji z osobą uzależnioną najlepsza droga działania to „kocham Cię i dlatego pozwolę Ci upaść tak nisko jak potrzebujesz aby zacząć zdrowieć”. I postawienie sobie i tej drugiej osobie rozsądnej granicy, poza którą już nie ma na co czekać. Tekst powyższej piosenki pięknie mi się w te dywagacje wpisuje.

Nie jest tak źle

Od początku prowadzenia tego blogu wielokrotnie dawałam wyraz pesymistycznemu widzeniu współczesnej młodzieży. Pytałam głośno: „czy tylko ja mam takie doświadczenia, czy taką mamy rzeczywistość?” Chyba raczej specyfika mojej pracy spowodowała czarnowidztwo.

Ostatnimi czasy prowadziłam w 2 szkołach ponadgimnazjalnych warsztaty profilaktyczne. Miałam zajęcia łącznie w 8 klasach pierwszych. Na tyle starczyło czasu w ramach projektu. Na początku takiego spotkania prosiłam o anonimowe wypełnienie ankiety. Po ustaleniu wyników odnosiłam się do nich w trakcie warsztatu. Nie są to badania naukowe na wystarczającej próbie, ale wyniki podniosły mnie na duchu. 

Przypomnę tylko, że Cieszyn jest miastem granicznym, że za Mostem Przyjaźni znajduje się wiele miejsc gdzie można kupić marihuanę (mniej lub bardziej czystą). Z tego powodu w naszej okolicy zdecydowanie mniej jest używania innych środków zmieniających świadomość. Skoro taka „dobra, naturalna i zdrowa” używka jest dostępna na wyciągnięcie ręki to po co truć się chemią – to ulubione stwierdzenie znanych mi nastolatków. Z marihuaną raczej przegrywają u nas dopalacze i pochodne amfetaminy. Im dalej od granicy tym te proporcje się zmieniają.

Wracając do warsztatów i ankiety. „Przebadałam” 167 osób w wieku 16 lat z pierwszych klas zawodówki lub technikum. Byłam przekonana, że bardzo dużo młodych ludzi próbowało już marihuany. Okazało się jednak, że używało jej prawie 29% badanych nastolatków. Jak myślicie, który narkotyk był zdecydowanie bardziej popularny? Kto pomyślał właśnie o alkoholu – zgadł doskonale. 78% tych nastolatków używało już alkoholu. Drugim był oczywiście tytoń: połowa (84 osoby) paliła już swojego pierwszego papierosa. Natomiast prawie 22% tych młodych ludzi poprawiło mi nastrój gruntownie – do dnia „badania” nie używali żadnych środków zmieniających świadomość! Tyle suche liczby. Oprócz nich z dyskusji wyłoniła się prawda, że nawet Ci którzy używali już tych narkotyków, w zdecydowanej większości zrobili to raz lub okazjonalnie. Tylko około 30% używa środków psychoaktywnych częściej. W tej grupie są już nadużywający i uzależnieni także. Przyznawali się w trakcie zajęć jedynie do uzależnienia od tytoniu.

To co poprawiło mi nastrój w drugiej kolejności to zdrowe pasje jakie realizują młodzi ludzie. Od najróżniejszych sportów, przez fotografię, malowanie, komponowanie i granie muzyki, wolontariat, a skończywszy na pisaniu książki :)) Najbardziej zapadł mi w pamięć chłopak rysujący ciekawe grafiki, chłopak zajmujący się kowalstwem artystycznym i jeden piszący opowiadania i książkę.

Okazało się także, że zadają sensowne pytania, potrafią logicznie myśleć, umieją kulturalnie rozmawiać i są nastawieni na pomaganie. Nie wszyscy oczywiście, ale wystarczająco duża grupa abym się uspokoiła co do przyszłości narodu :))

***

Na koniec wieści z kampanii wyborczej. Jesteśmy już wszyscy na ostatniej prostej. Wolno pojawia się zmęczenie i lekkie napięcie. Dziś szłam po ulicy za pewną damą w średnim wieku i słuchałam, jak to wszyscy kandydaci chcą się dorwać do żłobu i koryt. Że zamiast zajmować się bzdurami to mamy wziąć się do pracy. I jakie straszne głupoty opowiadamy (pani rozmawiała z kimś przez telefon komórkowy i bardzo głośno komentowała poczynania naszego komitetu). Przykro mi było. Najpierw zastanawiałam się o jakim korycie myśli: o tych 400 zł diety? Jeśli mam być szczera to gdybym myślała o kandydowaniu tylko w kategoriach ekonomicznych to od razu odpuściłabym sobie ten pomysł. Potem myślałam, o jakie głupoty jej chodzi i czemu nie stanęła przy nas porozmawiać. Bo wielu innych ludzi podchodziło, rozmawiało, mówiło o swoich wątpliwościach czy oczekiwaniach. Już za tydzień okaże się jaki efekt przyniosły setki rozmów i spotkań. 

A Czytelników namawiam do wyprawy do urny i oddanie głosu zgodnie z sumieniem i oczekiwaniami.

Jak naćpany z trzeźwym

Kampania wyborcza wysysa mój czas i siły. Do tego dochodzą choroby Zajączków. Ale to nie oznacza, że przestałam pracować. Na marginesie: dziś otrzymałam pytanie czy jak zostanę wybrana do Rady Miasta to przestanę pracować :)) Spytałam zwrotnie: a za co będę żyć? Nie wiem jak w innych gminach, ale w naszym pięknym grodzie znad Olzy radny otrzymuje 400 zł diet za miesiąc. Tak więc sprawa wyjaśniona: niezależnie od wyniku wyborów będę pracować dalej.

A teraz temat notki, która siedzi mi nienapisana w głowie od dobrych kilkunastu dni. Wiele razy już pisałam o marihuanie, która jawi się wielu młodym ludziom jak zwykłe lecznicze zioło mające zapobiegać wystąpieniu astmy, stwardnienia rozsianego lub AIDS, nie mające specjalnego wpływu na funkcjonowanie czy procesy myślenia (no chyba, że wzmaga twórcze myślenie i artystyczną ekspresję), mające być także panaceum na nudę, problemy życiowe itp. Brzmi fajnie jak się słucha tego z ust nastolatka, który z wypiekami na twarzy i fanatycznym wzrokiem dowodzi swoich racji. Gorzej gdy taki upalony delikwent siada naprzeciwko mnie… Ostatnio zdarza się coraz częściej, że rozmawiam z nietrzeźwym nastolatkiem, który nie był w stanie wytrzymać napięcia i zapalił niedługo przed spotkaniem. Różnie te rozmowy przebiegają. Zdarza się nadnaturalne rozbawienie i radosny śmiech. Zdarza się odpływanie myśli i dziwne teksty nie na temat oraz spowolnienie reakcji. A już najczęściej w takiej sytuacji zdarza się przekraczanie granic i zupełne pomieszanie ról. Generalnie zaś nie sposób się porozumieć. To, że ktoś nie był w stanie wytrzymać z zapaleniem jointa najczęściej oznacza utratę kontroli (jeden z objawów uzależnienia). Acha, najaranie się nie oznacza automatycznie, że będzie zabawa… Otóż zdarza się, że słyszę pretensje: jak paliłem i rozmawiałem z kumplami to był chilliout (totalny relaks) a jak rozmawiam z panią to mi się płakać chce (sic!). Muszę być straszna 😦 Niezależnie od tego co powiedzą obrońcy marihuany to zmienia ona świadomość i nie zawsze jest to dobra zmiana… I jak już wiele razy wspominałam zdarzają się powikłania z objawami psychotycznymi np. urojeniami, że ktoś czyta w myślach, że jest się zagrożonym itp. Ostatnio mocno dorosły pacjent, który ma za sobą długotrwałe używanie marihuany i jest od niej uzależniony, choć utrzymuje abstynencję od długiego czasu, stwierdził, że teraz widzi jak na dłoni sposoby przedsiębiorców na omotanie młodych ludzi. Opowiadał mi także jak wielu jego znajomych trafiło do szpitali na odziały psychiatryczne z różnych powodów (uaktywnienie się poważnych zaburzeń psychicznych lub krótkotrwałych epizodów z halucynacjami i wspomnianymi już urojeniami).

Inna rzecz, że nie trzeba posiłkować się trawą. Wystarczy aby trzeźwy podyskutował z osobą pod wpływem alkoholu, aby zrozumieć o czym piszę. Trudno się jest porozumieć, gdyż osoba pod wpływem alkoholu myśli inaczej. Już od najmniejszej dawki ma wydłużony czas reakcji, rozproszoną uwagę, stopniowo staje się potencjalnie drażliwa (bardzo łatwy przeskok od wesołości do złości).  Aby nie szukać dalej: ile razy zdarza się, że osoba pod wpływem alkoholu wykrzykuje: „Ja???! Ja pijany?” 

Po co nam prawo?

Takie pytanie zadałam sobie już dwa razy w ciągu niedługiego czasu. Dostrzegłam bowiem, że wielu z nas uważa, że generalnie prawa przestrzega, ale są takie idiotyczne przepisy, których nie przestrzega i przestrzegać nie będzie.

Pierwszy raz zadałam sobie to pytanie gdy poczytałam o zatrzymaniu aktorki Joanny L. za prowadzenie pod wpływem 1,2 promila alkoholu w wydychanym powietrzu. Zastanówmy się na marginesie jaki sens ma pisanie Joanna L. i zamieszczanie zdjęć z czarnym prostokątem na oczach, skoro nie utrudnia to w żaden sposób jej identyfikacji. Co więcej uważam, że informacja o prowadzeniu pod wpływem alkoholu powinna być ogólnie dostępna. Ale przepisy prawa stanowią inaczej. Wracając do meritum notki – choć uważam, że pisanie aktorka L. jest idiotyczne przestrzegam prawa, bo uważam, że nie jestem od decydowania, który przepis jest właściwy i godny przestrzegania, a który nie. Okazuje się, że niektórzy uważają niektóre przepisy za niepotrzebne lub usprawiedliwiają ich naruszanie faktem, że „tak robią wszyscy”. Ze zgrozą wyczytałam bowiem, że prawie każdemu z nas zdarzyło się prowadzić pod wpływem alkoholu. Tak broniła koleżanki Katarzyna Skrzynecka. Śpieszę zawiadomić, że jestem w mniejszości, bo nie dość, że nie mam prawa jazdy, to jeszcze jak żyję nie prowadziłam niczego pod wpływem alkoholu. Poza tym 1,2 promila o 9 rano nie może być wskazaniem po wypiciu niewielkiej ilości wina wieczorem. Alkoholowe liczydełko ze strony www.parpa.pl podpowiada mi, że Joanna L. wypiła co najmniej litr wina o mocy 16% kończąc rozrywkę około północy z zawartością 2,7 promila we krwi. Linia obrony Katarzyny Skrzyneckiej  jest skazana na porażkę, wykazywała ona bowiem, że koleżanka wypiła mało i nie była świadoma, iż jest pod wpływem.

Ponownie pytanie o sens przestrzegania prawa pojawiło się we mnie gdy poczytałam o zatrzymaniu aktora Marka B. za posiadanie ponad 7g marihuany. Jego kolega Łukasz Płoszajski bronił kolegi, twierdząc, że po trawce nikt nikogo nie zabił, a po alkoholu tak! Tu pojawia się we mnie stare powiedzenie (nielogiczne) „co ma piernik do wiatraka”. Łukasz Płoszajski chciał wpisem na Facebooku zasugerować, że ten przepis jest głupi, bo trawka nikomu niczym złym nie grozi…

No właśnie abstrahując już od tego przepisu zastanawiam się jakby wyglądał nasz świat gdyby każdy postępował wedle własnego uznania uważając, że niektóre przepisy prawa go ograniczają i nie będę przestrzegane. Dla Pana Płoszajskiego może to być przepis o zakazie posiadania narkotyków, a dla psychopatycznego sadysty zakaz podnoszenia ręki na drugiego człowieka czy zwierzę.

Jeśli prawo jest dziwne lub głupawe należy lobbować za jego zmianą, ale prawa należy przestrzegać, aby nie zapanował chaos. To moje zdanie :))

I chciałbym i boję się…

Wczoraj przy okazji tekstu o wstydzie odczuwanym przez osobę zaczynającą trzeźwienie Woland napisał o dwóch innych kwestiach: o lęku, jaki budzi trzeźwe życie i pośrednio o żalu po starcie alkoholu. To prawda. Człowiek, który podjął decyzję o radykalnej zmianie swojego życia (to znaczy decyzja podjęła się poza tym człowiekiem – albowiem niemal zawsze okoliczności wymusiły tę decyzję), jest przerażony tym, że ma oto żyć bez alkoholu. Jak to? Już nigdy? NIGDY? Cała początkowa praca jest skoncentrowana na tym aby nie wyobrażać sobie zbyt dużych ram czasowych. Pomocny jest tu program 24 godzin. Tyle nawet w najgorszych momentach, tłukąc się od ściany do ściany prawe każdy dał radę wytrzymać. A przecież każdy następny dzień będzie łatwiejszy… A w sytuacji gigantycznego głodu, okresy czasowe można jeszcze skracać „wytrzymam 60 minut bez alkoholu, a potem zobaczymy co dalej”… Głód rośnie do maksimum i opada jak fala.

Jeszcze wracając do momentu zero. Osoby uzależnione bardzo często podkreślają, że to one podjęły decyzję o zaprzestaniu picia. Jak wspomniałam wyżej, niemal zawsze to decyzja sama się podjęła: a jej narzędziem był kurator, lekarz, pracownik socjalny, rodzina… Siła uzależnienia jest taka potężna, że aby zatrzymać się trzeba usłyszeć, „won z domu”, „jeśli pan nie przestanie, umrze pan”, „jeśli pan nie pójdzie na terapię odwieszam wyrok” itp. Osoba uzależniona uważa, że nie ma innego wyjścia (oprócz paska i gałęzi). I idzie jak na ścięcie. Wstydzi się (jak to pisałam wczoraj) ale i boi życia bez jedynej ostoi i pomocy jaką miał w alkoholu. 

Trzeba pamiętać, że alkoholicy są bardzo często osobami o niedojrzałej osobowości, z nadmierną podatnością na cierpienie, pełne lęków. Alkohol łagodził te lęki, tuszował nieumiejętności, pomagał pozbyć się bólu, dawał euforię (przynajmniej na szeroko rozumianym początku picia). A teraz trzeba zostać samemu, na trzeźwo, z poszarpanym i połamanym życiem. Ileż to pułapek i pokus, aby skończyć ze sobą lub wrócić w ramiona butelki… Ciężka sprawa, ale każdy dzień na trzeźwo przybliża odkrycie, że można dać radę, że są korzyści z tego stanu. Najpierw te najbardziej oczywiste (zachowanie życia, wolności, dachu nad głową), potem z czasem i bardziej subtelne: czyste sumienie, brak kaca, lęku o to co wczoraj zrobiłem…A w dalszej perspektywie normalne życie z kolorowymi i szarymi dniami, z przyjaciółmi, pasjami, wzlotami i upadkami.

Zbyt wielka rzesza ludzi

Profesor Filar powiedział dużo ciekawych rzeczy komentując wypadek w Kamieniu Pomorskim. Powiedział także, że nie można odbierać prawa jazdy dożywotnio prowadzącym pod wpływem alkoholu, bo to zbyt wielka rzesza ludzi. Powiedział także, że z kurtuazji nie wypowie się o pomyśle pewnej dziennikarki aby współpasażerowie pijanego kierowcy odpowiadali jako współsprawcy. Rozumiem, że uważa ten pomysł za idiotyczny. 

A jak ocenić zachowanie pani, która wiedząc, że jej towarzysz jest pijany wsiadła z nim do samochodu i kłóciła się podczas jazdy? Dla mnie jest współwinna zabójstwa 6 osób. Raz w życiu zdarzyła mi się taka sytuacja kiedy spowodowałam rozproszenie uwagi kierowcy, który przejechał przez skrzyżowanie przy czerwonym świetle. Do tej pory oblewa mnie zimny pot gdy o tym pomyślę. Nie był pod wpływem, nie kłóciliśmy się ale i tak czuję się winna. A gdyby w kogoś uderzył nie pozbyłabym się wyrzutów sumienia do końca życia. Bo to byłaby moja współwina. Wiem to. 

Wracając jednak do tytułowej kwestii. Okazuje się, że w naszym społeczeństwie tkwi na mur przekonanie, że:

– pijani kierowcy to olbrzymia rzesza ludzi;

– każdemu się zdarzyło.

Mam szczera nadzieję, że nie każdemu. Choć każdy mój pacjent, który posiadał prawo jazdy mówił mi o prowadzeniu pod wpływem. Nie raz – wiele razy. Tak więc ponad milion osób (może nawet około dwóch) robiło to (robi) z pewnością. Do tego dochodzą pijący ryzykownie. I młodzież, która myśli, że jest nieśmiertelna. Tak, to ogromna rzesza ludzi. jak się tak zastanowić to przechodzenie przez jezdnię na pasach przy zielonym świetle nie jest wcale bezpieczną czynnością. Podobnie jak chodzenie po poboczu lub chodniku ciągnącym się wzdłuż drogi.  

Od wczoraj słyszę tylko żeby nie przesadzać, nie osądzać, nie linczować 26 latka z BMW. W jednym jednym jedynym komentarzu u Marzateli przeczytałam, że ktoś dostrzegł dramat tej małej dziewczynki, która straciła całą rodzinę. Pytam się po raz n-ty: czyje prawa są ważniejsze? Tego dziecka czy tego pana z BMW? Gdyby prawo nie było bezradne 6 lat temu, rodzina tego dziecka by dziś żyła. Sędziowie podobnie jak reszta społeczeństwa są pełni zrozumienia dla prowadzących na podwójnym gazie. Kary są śmieszne, słabo egzekwowane. Każdy pomysł zaostrzenia kar spotyka się ze zdaniem, że to nic nie da. 

To może my się wreszcie zmieńmy. Nauczmy się dzwonić na policję gdy nasz partner, sąsiad, kuzyn, syn, żona, matka, bratanica siada do samochodu pod wpływem alkoholu czy narkotyków. To się nazywa prewencja. Zanim następne małe dziecko zostanie sierotą, a inne trafi 2 metry pod ziemię razem z resztą rodziny…

Morderstwo z narkotykami w tle

Długo wahałam się czy napisać ten tekst. Chciałam dziś pisać o czymś lekkim, może podsumowanie roku. Ale nie mogę. Cały czas zastanawiam się nad losem małego chłopca z Kwidzyna i jego taty.

Nie wiem jak było, wiem tylko tyle ile wyczytałam w internecie ale cała historia rysuje mi się tak. Mamy 22 letniego człowieka, który ma problem z amfetaminą i / lub z substancjami zwanymi dopalaczami. Jest notowany przez policję wiele razy m. in. za to, że okradł własnego ojca. Ten on ma znajomego pracującego w UK. Wie, że przyjechał spotkać się z synkiem. Zakłada, że znajomy jest bardzo bogaty. Postanawia go zabić żeby zdobyć wielkie pieniądze. Na swoje przyjemności i / lub używki. Przychodzi w nocy. Morduje bestialsko znajomego i jego synka. Kradnie 1000 zł, 25 £ i samochód. Przy zatrzymaniu ma przy sobie amfetaminę, przyznaje, że zażył dopalacze. Przyznaje się do morderstwa.

Załóżmy na chwilę, że mam rację i ten on ma problem z substancjami psychoaktywnymi (zdaję sobie sprawę, ze może być inaczej i narkotyki zażył aby ośmielić się do działania). Dlaczego tak założyłam? Miał je przy sobie, przyznał się do zabójstwa (nie potrafi przeciwstawić się presji policji), okradał swoich rodziców (a przynajmniej tatę). 

Ta historia obrazuje dlaczego jestem i będę przeciw legalizacji substancji psychoaktywnych. W tym wypadku mam gdzieś prawa jednostki do stanowienia o sobie, prawo do rujnowania sobie życia. Dopóki istnieje zagrożenie, że pod wpływem takich substancji ktokolwiek przyjdzie do mojego domu i zabije moje Zajączki młotkiem będę walczyć o utrzymanie zakazu legalizacji narkotyków. Alkohol już jest legalny i nie mam na to wpływu. Na szczęście inne substancje psychoaktywne mogące przyczynić się do ataków na bezbronnych ludzi legalne nie są. I niech tak pozostanie….