Ofiara

Wedle wiary większości z nas jutro będziemy świętować rocznicę narodzin Bożego Syna. A nawet jeśli ktoś nie wierzy, będzie starał się dostosować do panującej wokół atmosfery pojednania i powszechnej miłości bliźniego. A na forach? I w sercach? Strach się bać…

Zanim dojdę do powodu napisania tej notki po tylu miesiącach zacznę inaczej. Co w dzisiejszych czasach usłyszałaby Miriam, gdyby szersze grono dowiedziało się o jej ciąży. Nie trzeba mieć bogatej wyobraźni. To samo słyszą młode dziewczyny jeśli nieuświadomione seksualnie zajdą w ciążę i nawet o tym nie wiedzą, a fakt ten wyjdzie na jaw przypadkiem np. podczas badania lekarskiego bolącego brzucha. Ba, to samo słyszą nieraz mężatki źle znoszące poród od personelu medycznego: „trzeba było nóg nie rozkładać” jest stosunkowo delikatne w tej sytuacji. Kto by uwierzył w niepokalane poczęcie? Mam poważne obawy, że Maria została by „zdzirą” i „szmatą”… Nie ważne, że Józef uwierzył i zaakceptował. Wielu, wielu z nas musiałoby swoje trzy grosze wtrącić na temat jej prowadzenia się…

Strasznie uderzyły mnie wczoraj komentarze na temat wywiadu „7 metrów pod ziemią” z Dorotą – ofiarą pedofila. (Link do wywiadu TUTAJ). Znaczna część komentujących analizowała mimikę i zachowanie uczestniczki wywiadu, sięgała pamięcią wstecz do innego jej wystąpienia publicznego starając się udowodnić, że coś tu jest nie tak. Ofiara pedofila tak nie mów, tak nie siedzi, tak nie patrzy… Za wesoło mówi, za żywo, udaje, gra. Czego się nie zrobi dla pieniędzy, ma parcie na szkło, chce być znana, teraz się odważyła po śmierci napastnika, nie da się tego udowodnić… Patrzyłam, czytałam i mnie złość i smutek zalewały na zmianę. To samo było odnoście ofiar Henryka Jankowskiego.

Dlaczego większość ofiar jeśli w ogóle ujawni fakt nadużyć, robi to wiele lat po śmierci oprawcy? Może dlatego, że całe lata, dziesiątki lat przeżywa dojmujący, paraliżujący wstyd. Tak, wstyd. I poczucie winy (bo krzywdzenie seksualne to coś złożonego i czasem ofiara jeszcze nie wiedzą c o co w tym wszystkim chodzi odczuwa przyjemność, a skoro tak to jest WINNA). I wstręt do siebie i sprawcy. A może dlatego, że podczas gwałtów, penetracji za zgodą (ale jakaż to zgoda od siedmioletniej dziewczynki) lub obmacywania ofiara bardzo często dokonuje dysocjacji (nie znajduje się mentalnie w miejscu kaźni tylko gdzieś indziej), albo natychmiast wypiera sytuację z pamięci, albo odcina się kompletnie od uczuć żeby nie spotkać się z tym wstydem, wstrętem i cierpieniem. Taka osoba może opowiadać o swoich traumach ze śmiechem. I często zdarza się tak, że to co wyparte pojawia się nagle pod wpływem spotkania osoby z takim samym głosem, pachnącej tą samą pianką do golenia jak oprawca. Wtedy pamieć powraca nagle np. po 20 latach od zdarzeń. 

Osoba, która przeżyła traumę bardzo często nie zachowuje się racjonalnie z punktu widzenia większość ludzi. Ale to właśnie ofiara potrzebuje wsparcia. Moment publicznego powiedzenia o tym co się stało w wielu przypadkach jest punktem zwrotnym w drodze do zdrowienia. Pal licho sprawcę (choć powinien być ukarany i leczony), ale ofiara musi poczuć, że może mówić, że nie jest sama, że się jej wierzy. A tymczasem co my tu mamy; publiczne deklaracje niewiary, usprawiedliwianie sprawców oraz obwinianie osoby skrzywdzonej.

Trzeba o tym mówić, trzeba o tym pisać! Nawet w taki dzień jak dziś. A może właśnie w ten dzień.

***

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba i tekst

 

Krzywdy dziecka nie zamiatajmy pod dywan

Już prawie zmieniłam pomysł na ten wpis pod wpływem macierzystej platformy blogowej, Przed chwilą przeczytałam artykuł reklamujący złego do szpiku kości blogera na Gazeta.pl i zrobiło mi się przykro. Są pewne ograniczenia nawet przy pozyskiwaniu świętej klikalności. Ale jednak nie dam się zbić z pantałyku. Może jedynie na sekundę żeby zamieścić tę grafikę: 

Podobny obraz

Wracając jednak do zaplanowanej opowieści: bardzo często spotykam się z historiami dzieci doświadczających przemocy rówieśniczej. Coraz częściej także przekonuję się, że takie sytuacje są bagatelizowane, zamiatane pod dywan i dziecko nie otrzymuje niezbędnej pomocy. Pisałam już o bullyingu (wpis: „Nie pocieszajcie się, że to TYLKO homofobia”), ale myślę, że trzeba o tym wspominać stale i wciąż. Może to pozwoli uniknąć tragedii i cierpienia chociaż kilku dzieciom. Teoria już była we wspomnianym wyżej artykule. To teraz będą historie z życia wzięte, może to poruszy skuteczniej wyobraźnię i serca czytelników, którzy mają z młodzieżą i dziećmi do czynienia na co dzień.

Rozmawiałam jakiś czas temu z piętnastolatkiem, który przez całe lata doświadczał przemocy psychicznej i fizycznej ze strony rówieśników. Na pytanie: „jak sobie radziłeś ze stresem i cierpieniem?” usłyszałam „nie poradziłem sobie”. To był drugi raz w ciągu moich 18 lat pracy zawodowej kiedy miałam łzy w oczach, jego opowieść i bezradność odbijająca się w oczach bardzo mnie wzruszyły. Ale przecież poradził sobie. Jest, istnieje, nie zabił się, choć miał na to ochotę. Ale ileż musiał znieść przez tyle lat nauki w szkole podstawowej i gimnazjum. I za co? Absolutnie za nic. Tylko dlatego, że jest delikatny, wrażliwy i… wszyscy byli przeciwko niemu. Nikt nie udzielił mu pomocy: ani koledzy, ani pracownicy szkoły. Dobrze, że teraz już jest bezpieczny. 

Kiedyś myślałam, że przemoc rówieśnicza to odosobnione przypadki nagłaśniane w mediach. Ale okazuje się, że to powszechne zjawisko. Może nie w takiej skrajnej formie, ale jednak występują niemal w każdej szkole.

Inna historia: chłopak lat 14, taki trochę kosmita, bardzo grzeczny, bardzo zdolny i bardzo delikatny. Określenie „pedał” to był stanowczo komplement wobec tego co jeszcze usłyszał i czego doświadczył. Był bity, popychany, upokarzany na wszystkie możliwe sposoby. Na szczęście rodzice zmienili mu szkołę i klasę i mógł wreszcie odetchnąć.

Odkryłam tak doświadczalnie (nie tylko w teorii), że czasem wystarczy jedna, jedyna osoba, która stanie za osobą doświadczająca prześladowania. Jeśli znajdzie się wsparcie ze strony kumpla, nauczyciela, dowolnego pracownika szkoły sytuacja potrafi się całkowicie zmienić. Nawet jeśli oficjalnie placówka oświatowa nadal nie zauważa problemu to wsparcie często powoduje, że osoba prześladowana zaczyna sobie radzić emocjonalnie, czasem nawet zaczyna się stawiać prześladowcom, dzięki czemu dają jej spokój.

Dlatego nie możemy sobie powiedzieć „mój głos nic nie znaczy”, bo jesteśmy tylko kolegą rówieśnikiem, nauczycielem ze świetlicy, złotą rączką w szkole, rodzicem kolegi ze szkoły, który nam opowiada co przytrafia się koledze czy koleżance. Reakcja każdego z nas może przywrócić siły i wiarę w siebie młodego człowieka. Nie warto odwracać oczu. Warto zachować się przyzwoicie. Nawet jeśli się boimy, nie potrafimy, możemy znaleźć kogoś kto da radę. 

 

Śmierć Szarego Obywatela

Nie napisałam o tym zdarzeniu ani słowa. Wczoraj zastanawiałam się dlaczego. Sparaliżowało mnie i bałam się efektu Wertera i jeszcze tłukło mi się po głowie, że żeby coś zmienić trzeba żyć, a na koniec tak bardzo bałam się zapeszyć – myślałam, że jeśli coś napiszę to Pan Piotr umrze… A jednak umarł i należy mu się ten post!

Nie można sobie wyobrazić straszniejszej śmierci niż ta w płomieniach. Wielu ludzi uważa, że trzeba być osobą zaburzoną, niezrównoważoną, popie..doloną i tak dalej. Szary Obywatel uprzedził te dywagacje i w swoim liście do prasy napisał, że od lat choruje na depresję. Straszna choroba. Niedawno czytałam, że 25% chorych umiera śmiercią samobójczą. Czy jednak nie zadawał sobie sprawy z tego co robi? Wszystko było tak dokładnie zaplanowane, list jest logiczny i powiem szczerze, że nigdy nie umiałabym tak tego precyzyjnie pozbierać i napisać. Nie ma tam wrogości, nie ma agresji,  jest widoczne zrozumienie naszej sytuacji politycznej i tego koszmarnego podziału. Pan Piotr nie obraża wyborców partii rządzącej. Namawia nas w swoim manifeście do działania zgodnie z prawem i w granicach demokracji.

Gdy czytałam różne publikacje o samobójstwach spotykałam się z ich podziałem. Jednym z rodzajów opisywanych w literaturze jest samobójstwo altruistyczne. Mam wrażenie, że Pan Piotr miał dość życia (pewnie z powodu choroby), ale postanowił nami wstrząsnąć odchodząc w blasku ognia. Żebyśmy się zastanowili dokąd zmierzamy i dlaczego siedzimy cicho, choć z tak wieloma sprawami się nie zgadzamy. 

W pracy zawodowej niejednokrotnie mam za zadanie do samobójstwa nie dopuścić, skierować osobę z myślami ‚s” do specjalisty, starać się skierować postrzeganie na zewnątrz, a myślenie na przyszłość. Tu odczuwam bezradność i wielkie współczucie dla rodziny Pana Piotra. Nie chcę jednak, aby jego poświęcenie poszło na marne. Zgodnie z jego prośbą publikuję poniżej cały manifest (jak wspomniałam nigdy nie sformułowałabym tego lepiej):

     „1. Protestuję przeciwko ograniczaniu przez władzę wolności obywatelskich.

  1. Protestuję przeciwko łamaniu przez rządzących zasad demokracji, w szczególności przeciwko zniszczeniu (w praktyce) Trybunału Konstytucyjnego i niszczeniu systemu niezależnych sądów.
  1. Protestuję przeciwko łamaniu przez władzę prawa, w szczególności Konstytucji RP. Protestuję przeciwko temu, aby ci, którzy są za to odpowiedzialni (m.in. Prezydent) podejmowali jakiekolwiek działania w kierunku zmian w obecnej konstytucji – najpierw niech przestrzegają tej, która obecnie obowiązuje.
  1. Protestuję przeciwko takiemu sprawowaniu władzy, że osoby na najwyższych stanowiskach w państwie realizują polecenia wydawane przez bliżej nieokreślone centrum decyzyjne związane z Prezesem PiS, nieponoszące za swoje decyzje odpowiedzialności. Protestuję przeciwko takiej pracy w Sejmie, kiedy ustawy tworzone są w pośpiechu, bez dyskusji i odpowiednich konsultacji, często po nocach, a potem muszą być prawie od razu poprawiane.
  1. Protestuje przeciwko marginalizowaniu roli Polski na arenie międzynarodowej i ośmieszaniu naszego kraju.
  1. Protestuję przeciwko niszczeniu przyrody, szczególnie przez tych, którzy mają ją chronić (wycinka Puszczy Białowieskiej i innych obszarów cennych przyrodniczo, forowanie lobby łowieckiego, promowanie energetyki opartej na węglu).
  1. Protestuję przeciwko dzieleniu społeczeństwa, umacnianiu i pogłębianiu tych podziałów. W szczególności protestuję przeciwko budowaniu „religii smoleńskiej” i na tym tle dzieleniu ludzi. Protestuję przeciwko seansom nienawiści, jakimi stały się „miesięcznice smoleńskie” i przeciwko językowi nienawiści i ksenofobii wprowadzanemu przed władze do debaty publicznej.
  1. Protestuję przeciwko obsadzaniu wszystkich możliwych do obsadzenia stanowisk swoimi ludźmi, którzy w większości nie mają odpowiednich kwalifikacji.
  1. Protestuję przeciwko pomniejszaniu dokonań, obrzucaniu błotem i niszczeniu autorytetów, takich jak np. Lech Wałęsa, czy byli prezesi TK.
  1. Protestuję przeciwko nadmiernej centralizacji państwa i zmianom prawa dotyczącego samorządów i organizacji pozarządowych zgodnie z doraźnymi potrzebami politycznymi rządzącej partii.
  1. Protestuję przeciwko wrogiemu stosunkowi władzy do imigrantów oraz przeciw dyskryminacji różnych grup mniejszościowych: kobiet, osób homoseksualnych (i innych z LGBT), muzułmanów i innych.
  1. Protestuję przeciwko całkowitemu ubezwłasnowolnieniu telewizji publicznej i niemal całego radia, i zrobieniu z nich tub propagandowych władzy. Szczególnie boli mnie niszczenie (na szczęście jeszcze nie całkowite), Trójki – radia, którego słucham od czasów młodości.
  1. Protestuję przeciwko wykorzystywaniu służb specjalnych, policji i prokuratury do realizacji swoich własnych (partyjnych bądź prywatnych) celów.
  1. Protestuję przeciwko nieprzemyślanej, nieskonsultowanej i nieprzygotowanej reformie oświaty.
  1. Protestuję przeciwko ignorowaniu ogromnych potrzeb służby zdrowia.

Protestów pod adresem obecnych władz mógłbym sformułować dużo więcej, ale skoncentrowałem się na tych, które są najbardziej istotne, godzące w istnienie i funkcjonowanie całego państwa i społeczeństwa.

Nie kieruję żadnych wezwań pod adresem obecnych władz, gdyż uważam, że nic by to nie dało.

Wiele osób mądrzejszych i bardziej znanych ode mnie, podobnie jak wiele instytucji polskich i europejskich wzywało już te władze do różnych działań i niezmiennie te apele były ignorowane, a wzywający obrzucani błotem. Najpewniej i ja za to, co zrobiłem też takim błotem zostanę obrzucony. Ale przynajmniej będę w dobrym towarzystwie.

Natomiast chciałbym żeby Prezes PiS oraz cała PiS-owska nomenklatura przyjęła do wiadomości, że moja śmierć bezpośrednio ich obciąża i że mają moją krew na swoich rękach.

Wezwanie swoje kieruję do wszystkich Polek i Polaków, tych którzy decydują o tym kto rządzi w Polsce, aby przeciwstawili się temu, co robi obecna władza i przeciwko czemu ja protestuję.

I nie dajcie się zwieść temu, że co jakiś czas działalność władz uspokaja się i daje pozór normalności (jak choćby ostatnio) – za kilka dni, czy tygodni znowu będą kontynuować ofensywę, znowu będą łamać prawo. I nigdy nie cofną się i nie oddadzą tego, co już raz zdobyli.

Wprawdzie to już dość wyświechtane powiedzenie, ale bardzo tutaj pasuje: Jeśli nie my, to kto? Kto jak nie my, obywatele ma zrobić porządek w naszym kraju? Jeśli nie teraz, to kiedy?

Każda chwila zwłoki powoduje, że sytuacja w kraju staje się coraz trudniejsza i coraz trudniej będzie wszystko naprawić.

Przede wszystkim wzywam, aby przebudzili się ci, którzy popierają PiS – nawet jeśli podobają się wam postulaty PiS-u, to weźcie pod uwagę. że nie każdy sposób ich realizacji jest dopuszczalny. Realizujcie swoje pomysły w ramach demokratycznego państwa prawa, a nie w taki sposób jak obecnie.

Tych, którzy nie popierają PiS, bo polityka jest im obojętna albo mają inne preferencje, wzywam do działania – nie wystarczy czekać na to co czas przyniesie, nie wystarczy wyrażać niezadowolenia w gronie znajomych, trzeba działać. A form możliwości jest naprawdę dużo.

Proszę was jednak, pamiętajcie, że wyborcy PiS to nasze matki, bracia, sąsiedzi, przyjaciele i koledzy. Nie chodzi o to żeby toczyć z nimi wojnę (tego właśnie by chciał PiS) ani „nawrócić ich” (bo to naiwne), ale o to, aby swoje poglądy realizowali zgodnie z prawem i zasadami demokracji. Być może wystarczy zmiana kierownictwa partii.

Ja, zwykły, szary człowiek, taki jak wy, wzywam was wszystkich – nie czekajcie dłużej. Trzeba zmienić tę władzę jak najszybciej, zanim doszczętnie zniszczy nasz kraj; zanim całkowicie pozbawi nas wolności.

A ja wolność kocham ponad wszystko. Dlatego postanowiłem dokonać samospalenia i mam nadzieję, że moja śmierć wstrząśnie sumieniami wielu osób, że społeczeństwo się obudzi i że nie będziecie czekać, aż wszystko zrobią za was politycy – bo nic nie zrobią!

Obudźcie się! Jeszcze nie jest za późno!”

 

Seks

Poprzedni wpis  w sposób bezpośredni łączy się z tym. Dodatkowo zelektryzowała mnie wiadomość o projekcie Anji Rubik, która wraz ze znanymi postaciami: aktorami, politykami, piosenkarzami produkuje właśnie 14 minutowych filmów o seksie skierowanych głównie do młodzieży. Zgadzam się z tym, że edukacja w tym zakresie leży i kwiczy. Młodzi ludzie nie mają często pojęcia w wielu ważnych rzeczach mimo iż są przekonani, że wiedzą wszystko najlepiej. Ileż się już razy spotkałam z sytuacją, że młoda kobieta czy młody mężczyzna twierdzi, że wie absolutnie wszystko w tym zakresie i na przestrzeni kilku miesięcy później dowiaduje się o ciąży (swojej lub partnerki) i nie była to ciąża planowana.

Zgadzam się w pełni, że my dorośli jesteśmy w dużej mierze pruderyjni i nie potrafimy rozmawiać otwarcie o seksie. Wstydzimy się, udajemy, że nie rozumiemy pytań, wściekamy się na dziecko, że w ogóle pyta o takie ohydne rzeczy 🙂 Ohydne? Przecież seks poza tym, że jest czymś bardzo przyjemnym, jest też niesamowitym relaksem, pogłębia relację, jest doskonałym ćwiczeniem gimnastycznym, no a przede wszystkim jest jedną z podstawowych, biologicznych potrzeb człowieka. Jak jedzenie i sen 🙂 Niezaspokojenie tej potrzeby niesie ze sobą frustrację i cierpienie. Owszem potrafimy przerobić tę tęsknotę na działania w innych dziedzinach życia (Jung pisał o tym, że niezaspokojone libido daje napęd do działań artystycznych, społecznych itp.), ale w dalszym ciągu nie traktujemy seksualności człowieka naturalnie. To jakiś wstydliwa sprawa. 

A przecież trudno nawet udawać, że młodzież tego nie robi. Nie dalej jak wczoraj czytałam artykuł o ukaraniu dyrektora domu poprawczego za umożliwianie nocowania i uprawiania seksu wychowanka z czternastoletnią dziewczyną (link do artykułu tutaj). Doskonale zdaję sobie sprawę, że większość nastolatków kocha się ze sobą, wobec czego powinni mieć szeroką wiedzę o antykoncepcji, o pozycjach, o konsekwencjach różnych zachowań, o granicach zachowań, na które nie należy się zgadzać itp.

Generalnie jestem za tym aby seksu nie uprawiać z przypadkowym partnerem zwłaszcza w młodym wieku i poczekać na kogoś kogo się kocha i ma się do niego duże zaufanie. Dlaczego? Z prostej przyczyny: młodzi ludzie są bardzo często pełni niepewności co do własnej atrakcyjności, na początku także nie zawsze potrafią wykazać się sprawnością (bo wszystkiego trzeba się nauczyć). Młody chłopak niesamowicie napalony nie zawsze będzie potrafił kontrolować swoją ejakulację. Już kiedyś to pisałam wyobraźmy sobie nieporadność podczas seksu z kimś kto nie kocha, nie jest czuły i wyrozumiały. Znam takie sytuacje, że czternastolatek czy piętnastolatek został tak ośmieszony i wyśmiany przez dziewczynę, że przez lata leczy nerwicę seksualną. Przypadkowy partner może się okazać kimś niewrażliwym, egoistycznym lub nawet sadystycznym. Po co młodej osobie taka trauma na starcie?

Dodatkowym problemem jest lawinowy wzrost oglądania pornografii w sieci przez coraz młodsze dzieci. Młodzi ludzie wchodzą potem w życie seksualne z bardzo spaczonym obrazem płci przeciwnej, nie wspominając już o spaczonym wyobrażeniu możliwości seksualnych człowieka. Któż potrafi kochać się 2 godziny bez przerwy? Mało który nastolatek zdaje sobie też sprawę jak drugorzędną albo nawet trzeciorzędną jest kwestia wielkości penisa w seksie. Najstarszy mit psujący humor mężczyznom to przekonanie o tym, że im większy tym lepszy. Nic bardziej mylnego. Poza tym oglądanie pornografii powoduje, że młodzi ludzie bywają zszokowani tym jak naprawdę wygląda naturalne kobieta bez silikonu…

Myślę, że temat rzeka i jeden wpis i tak go nie wyczerpie 🙂

#Ja też

Zastanawiałam się czy napisać ten tekst. Rzadko zdarza mi się brać udział w łańcuszkach i tego rodzaju hasztagowych akcjach, ale uznałam, że warto. 

Gdy wypływa temat molestowania seksualnego sprawa jest kwitowana kilkoma stwierdzeniami (najczęstszymi): „nie znasz się na żartach”, „no coś ty, to komplement był”, „feministki coś wymyślają”, „powinna się cieszyć, że molestował – znaczy ma powodzenie”. Słyszeliście, prawda? Albo, że o co chodzi w końcu się zgodziła du..ą zarabiać (o modelkach, aktorkach, piosenkarkach, które były molestowane seksualnie np. przez reżysera, producenta itp….). Też słyszeliście? W związku z aferą z Harvey’em Weinstein’em jedna z molestowanych przez niego aktorek  rozpoczęła akcję internetową z hasztagiem #metoo (po polsku #jatez). Zaproponowała aby pokazać światu, nie tyle, że problem istnieje, ale jego olbrzymią skalę. Co więcej nie dotyczy tylko kobiet (choć tych jest zdecydowana większość), dotyczy również molestowanych lub zgwałconych mężczyzn… Oni też odważają się dodać historie z tym hasztagiem. Sama poznałam kilka historii, w których mężczyzna był molestowany seksualnie i przeżywał to tak samo paskudnie jak ja. A oto moje historie:

Miałam jakieś 11 lat kiedy kolega mojej mamy z pracy (na oko lat ze 60) gdy przechodziłam korytarzem położył dłonie na moich piersiach i powiedział „pączkują już, co”? Chyba pierwszy raz w ogóle o tym komuś mówię (piszę). Przez całe lata to wydarzenie wydawało mi się tak wstrętne, brudne i nie do pomyślenia, że nawet by mi przez gardło nie przeszło poskarżyć się komukolwiek. Nawet do tej pory mnie dławi ze wstrętu…

Gdy miałam 17 – 23 lata pracowałam w wakacje w piekarni, lubiłam tę pracę, ale była jedna rzecz, której nie cierpiałam. Te wszystkie obleśne, oślizgłe komentarze seksualne. To stamtąd zapamiętałam: „Aśkę to bym zerżnął na workach”… To tam panowie myśleli, że mają prawo klepnąć i dotknąć bez pytania o zgodę. A burzyć się znaczyło być jakimś dzikusem, przecież to takie naturalne. Przecież to komplement…

W pracy zawodowej też mi się przydarzyła wesoła przygoda. Była do tego stopnia wesoła, że wyparłam ją skutecznie na całe lata z pamięci. Będąc pracownikiem socjalnym i wychodząc już z domu klienta, w korytarzu przy drzwiach wyjściowych pan postanowił dać upust swojej fantazji: objął mnie i pocałował w szyję. Całą ta sytuacja była tak koszmarna, łącznie z idącym po ścianie karaluchem, że całkowicie wymazałam to zdarzenie z pamięci na jakieś 10 lat. A teraz, gdy o tym myślę to całą się trzęsę. Nie da się wytłumaczyć komuś jak wstrętna jest taka ingerencja w cudzą intymność… Myślę, że starczy przykładów. Znalazło by się więcej, ale nie o to chodzi. A jeśli mnie jedną spotkało to wielokroć to aż boję się zastanawiać co z innymi kobietami…

#metoo #jateż #jatez 

Magiczna moc słów

Jak zwykle przeoczyłam kolejną rocznicę bloga. Tak około południa 13 lipca Missjonash skończyła 7 lat. Ale do rzeczy.

Opowiedziałam się po jednej ze stron konfliktu, jestem z protestującymi… Zależy mi jednak żeby to był protest pokojowy, hippisowski wręcz. Wiem, jestem pewna, że słowa mają moc, mogą zarazić szybciej niż wirus albo przynieść spokój i ukojenie równie błyskawicznie. Dajemy się nakręcać. Strona opowiadająca się za partią rządzącą składa się w dużej mierze z osób, które już nas oceniły, odczłowieczyły, uznały za wrogów: głupków lub sprzedawczyków. W oczach wielu ludzi jestem pewnie kanalią, zdrajcą, ubecką wdową czy jak to tam było… Łatwiej mnie, nas nie lubić, może nawet łatwiej będzie się w przyszłości szkolić w strzelaniu mając w wyobraźni nasze twarze tarczach strzeleckich. Oby nigdy do tego nie doszło…

A my co robimy? Tak, my bo biję się w piersi, że i jak tak mówię w gronie najbliższych (postaram się już tego nie robić). Mam zamiar nauczyć się mówić prezydent Andrzej Duda, a nie Adrian, długopis, marionetka. Tak wiem, nic szczególnie w tym złego, to nie wyzwiska, prawda? A jednak to taka inteligencka złośliwa jadowitość, może nawet poczucie wyższości? Nie chcę tak. To człowiek, który sprawuje urząd prezydenta, mój polityczny oponent. Tylko tyle. To prawnik, mąż, ojciec, zięć, szwagier. Gdy tak myślę nie czuję wyższości. Jest mi smutno, że mamy kompletnie odmienną wizję świata, ale go nie ośmieszam i nie odczłowieczam…

Jarosław Kaczyński nie jest wariatem, idiotą, furiatem, debilem, pojebem jak można usłyszeć niemal wszędzie dookoła. Jest politykiem, człowiekiem jednej idei, sprawnym (bardzo sprawnym) socjotechnikiem. Jak każdy z nas czasami nie panuje nad nerwami. Możliwe, że jest złym człowiekiem (nie wiem na pewno, bo go nie znam osobiście, mogę wnioskować tylko z tego co widzę w mediach). Sądząc z opisów jest troskliwym stryjecznym dziadkiem, osobą nieobytą w nowinkach technicznych, nie umie osobiście zadbać o siebie – inni robią to za niego i kocha zwierzęta (przynajmniej te domowe). Jest politycznym przeciwnikiem i sądząc po wypowiedziach, być może potraktowałby mnie jak wroga (takiego prawdziwego na śmierć i życie). Gdy poddajemy się silnej presji nazwania przeciwnika politycznego wrogiem, zaczynamy niemal automatycznie używać słów deprecjonujących oponenta. Robimy tym krzywdę sobie (nienawiść zmienia człowieka, wykrzywia, go, pozwala przekraczać kolejne granice i wyłączać kolejne hamulce), ale robimy też krzywdę innym. Oddalamy się od przyjaciół, członków rodziny, znajomych, którzy są z PiS czyli straty ponosimy i oni i my. No i używając bez zahamowań tych wszystkich stygmatyzujących słów krzywdzimy postronne osoby np. z upośledzeniem intelektualnym i schorzeniami psychicznymi.

Wiem, jak zawsze mi powiecie, że to ich wina, oni zaczęli, oni powinni przestać. Po którejkolwiek stronie byście nie stali (są tu – o ile jeszcze są – czytelnicy z obu stron barykady), uznacie, że to tamci są winni, to tamci mają przestać. W zakresie stanowionego prawa, tak, zgadzam się z Wami to tamci mają przestać, ale w jeśli chodzi o wypowiadane słowa i to jak podchodzimy do rozmówcy – oponenta mamy władzę być cyniczni, złośliwi, obraźliwi, nienawistni i napastliwi, albo merytoryczni, spokojni i życzliwi (dopóki nie musimy się bronić przed agresją i chamstwem). 

Dowiem się pewnie, że Soros mnie opłacił, stosuję socjotechnikę, że jestem idiotką, pięknoduchem lub symetrystką… No co mam zrobić, nie umiem inaczej. Będę na tych demonstracjach, ale nie usłyszycie ode mnie „Adrian podpisz”, wolę: „wolność, równość, domokracja”. Mam zamiar zadbać o własną higienę języka i dalsze praktykowanie zwyciężanie złej rzeczywistości dobrymi uczynkami. Pomożecie?

Antykoncepcja awaryjna w Czechach

Oj dawno nie pisałam. Dziś za to temat na czasie.

Sejm przegłosował sprzedaż wszystkich środków hormonalnych na receptę, w tym tzw. antykoncepcji awaryjnej. W Polsce jedynym preparatem dostępnym bez recepty przez kilkanaście miesięcy był EllaOne. Tu ważna uwaga: wolę to zamieścić na początku, bo do końca postu nie wszyscy zostają. Ten preparat nie jest środkiem poronnym. Skład EllaOne jest tak skonstruowany, że nie dopuszcza do owulacji przez kilka dni, a tym samym redukuje możliwość zajścia w ciążę w przypadku niezabezpieczonego seksu. Jeśli jednak doszło do zapłodnienia nie szkodzi ciąży (tu link do ulotki). Skuteczność tym większa im szybciej od zapłodnienia połknie się pigułkę (maksymalnie 98%).

 lekarna1

Wiedząc już, że prawo Polskie zostało ponownie zmienione i jedyny dostępny dotychczas lek znowu będzie na receptę, z ciekawości weszłam do apteki w Czeskim Cieszynie (LÉKÁRNA AGEL Český Těšín – Hlavní třída 34). Zapytałam pani farmaceutki czy mogę kupić EllaOne. Dowiedziałam się, że może zostaćdla mnie zamówiona na dziś po południu. Zaczęłyśmy rozmawiać. Dowiedziałam się, że antykoncepcja awaryjna w Republice Czeskiej jest dostępna bez recepty stosunkowo niedawno (jeśli dobrze zrozumiałam 3 lata). Dostępne są trzy środki: EllaOne, Escapelle i jakiś trzeci środek, o którym pani powiedziała, że nie poleca i w ogóle nie ma o czym mówić (hmmm ciekawe dlaczego, ale jednak bariera językowa nie pozwoliła mi drążyć tematu dokładniej). Escapelle jest dostępne od ręki, w każdej chwili, gdyż trzeba je zażyć do 72 godzin po stosunku bez zabezpieczenia. Ten preparat działa trojako: nie dopuszcza do wydostania się komórki jajowej (opóźnia owulację), utrudnia zapłodnienie uwolnionej komórki oraz nie dopuszcza do zagnieżdżenia zapłodnionej komórki jajowej (link do ulotki tutaj). Skuteczność około 84%. Porozmawiałyśmy, że wcześniej w Czechach też trzeba było okazać dowód, że ma się powyżej 16 roku życia i sprzedać te preparaty mógł tylko magister farmacji. Dowiedziałam się również, że pacjentka otrzymuje informację o tym, że nie powinno się użyć takich środków w tym samym cyklu, a najlepiej nie częściej niż raz w roku. Pani powiedziała mi, że przed wprowadzeniem EllaOne bez recepty mieli dużo klientów z Polski i że teraz też spodziewają się zwiększenia obrotów tym asortymentem. Aha jeszcze kwestia ceny. Escapelle kosztuje w Czechach (przynajmniej w tej aptece) 465 koron czyli 73, 40 zł – w Polsce na receptę kosztuje od 35 do 65 zł. ElleOne w Czechach 500 koron czyli około 79 zł, a w Polsce około 100 zł.

Innymi słowy Polki mieszkające blisko niektórych granic Polski sobie poradzą, inne mające wiedzę i swobodny dostęp do internetu też dadzą radę zapobiec niezaplanowanej ciąży. Pozostałe muszą ewentualnie zdobyć receptę. I tu wszystko zależy od nastawienia lekarza…