Love story

Wpis ten będzie harmonizował z moim nastrojem i sytuacją. Będzie po prostu smutny, ale nie tak sobie bez powodu tylko ma na celu zaprezentować pewien morał.

***

To najsmutniejsza historia miłosna z jaką przyszło mi się spotkać. Tytułowe „Love story” jest zdecydowanie mniej beznadziejne (jak dla mnie).

Pewna młoda dziewczyna i pewien młody chłopak spotkali się i zakochali w sobie bez pamięci. Byli nierozłączni i bardzo, bardzo szczęśliwi. Oboje piękni, oboje bardzo zdolni – cały świat mieli u stóp. Stopniowo do związku zaczął się dyskretnie włączać alkohol. Chłopak zaczął popijać, ale nie było w tym nic strasznego czy dziwnego. Wzięli bajkowy ślub i żyli długo i szczęśliwie. Do pewnego momentu. Alkohol zaczął delikatnie przeszkadzać. Pojawiły się pierwsze konflikty, prośby o przystopowanie. Niby dawało to efekt, ale na krótko i nie taki jak wyobrażała sobie Ona. On zaczął ukrywać ilość wypijanego alkoholu, zaczął bardziej grać, udawać i kłamać. Pojawiły się dzieci. Przez chwilę było trochę lepiej… ale szybko wszystko wróciło do tej smutnej normy. On już nie potrafił ukryć skutecznie ile wypija. Dowiedziała się rodzina, dowiedzieli się znajomi. Tych dwoje młodych ludzi dalej bardzo się kochało, ale przestali się dogadywać. Był wiele prób ratowania małżeństwa, terapie małżeńskie, interwencje rodziny, prośby, groźby, płacz… Zakochana Ona postanowiła w końcu, że wyprowadza się na drugi koniec Polski. Przecież On jeśli kocha to zrobi coś ze swoim życiem i pojedzie za Nią i dziećmi. Wyjechali. On teraz już pił bez ograniczeń… codziennie płacząc za ukochaną, która go porzuciła. Ona czekała aż On przyjedzie… codziennie płacząc, bo zupełnie nie rozumiała dlaczego Ukochany nie chce do nich dołączyć. I tak mijały miesiące i lata. On pogrążał się coraz dalej, roztrwaniał kolejne talenty jakich miał niemało, Ona czekała… W końcu przeprowadziła rozwód, ułożyła sobie życie zawodowe. I można by rzec koniec historii. Otóż nie. Najbardziej smutne z tego wszystkiego jest to, że i Ona i On nadal bardzo się kochają. Tak po prostu. Pomijając kwestię uzależnienia i współuzależnienia. Ale ta miłość nie wystarcza do przerwania (obecnie już czteroletniego) ciągu. Oboje są samotni, oboje cierpią.

A morał? Nawet największa miłość nie jest antidotum na siłę uzależnienia. Nie warto mówić: „Jeśli mnie kochasz to przestaniesz pić”, albo „Nie kochasz mnie, bo nie potrafisz przestać pić”. Jedno z drugim ma niewiele wspólnego. Dość często zdarza się, że lęk przed utratą miłości i rodziny jest sygnałem do zaprzestania picia i podjęcia terapii, ale niestety nie zawsze.

Morał drugi: przychodzi taki dzień kiedy trzeba dać odejść alkoholikowi i ratować własne życie. Bo można bezpowrotnie zakopać się w szambie. I w tym dniu dobrze jest to zrobić niezależnie od miłości do niego (niej). Trzeba to zrobić w imię miłości własnej, ratowania psychiki i życia.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s