Szczęście

Dziś truizm, ale oparty na przeżyciach autentycznych ludzi. Kilka dni temu rozmawiałam z dwoma pacjentami. Jeden z nich nie pije od 11 lat i przyszła pora zmierzyć się z problemami wynikającymi z wychowywania się w destrukcyjnym domu. Ten mężczyzna pochodzi z rodziny gdzie uzależnieni od alkoholu byli oboje rodzice. Zastraszony, z nieskończonymi kompleksami zaczął pić intensywnie bardzo wcześnie. Zakończył picie gdy miał 28 lat i był u progu śmierci. W okresie trzeźwienia założył rodzinę, ma dziecko. Finansowo są w opłakanej sytuacji, zdrowotnie również. Ale… Jest to jedna z nielicznych osób, które bardzo rzadko narzeka na cokolwiek. Docenia każdą dobrą rzecz, która mu się przydarza. Jest skromny, pokorny, a jednocześnie mądry życiowo i bardzo życzliwy. Po każdej sesji terapeutycznej dochodzę do wniosku, że biorę od niego tak samo dużo jak on ode mnie. I to on ostatnio sprowokował mnie do refleksji.

W tym samym dniu rozmawiałam i z drugim wyjątkowym pacjentem. Facet pierwszy raz w życiu (od 18 r.ż) przeżył na trzeźwo 13 miesięcy. Wcześniej przez 23 lata pił. I to spektakularnie destrukcyjnie. A przerwy miał najwyżej 5, 6 miesięczne. Ten człowiek to bomba, bomba, która stopniowo rozbraja się sama na własne życzenie i dzięki ciężkiej pracy. Ma przeciw sobie zaburzoną osobowość typu anstysocjalnego (dawniej mówiło się psychopatia). Zawsze z niezmiernym podziwem obserwuję jego bardzo trudną pracę nad sobą. Wszystko mu utrudnia: brak lęku, brak szacunku dla norm społecznych, nadmierny wdzięk… A jednak od tych 13 miesięcy nie tylko jest abstynentem, ale także mozolnie się zmienia. Robi to, bo wie, że następnego ciągu by już nie przeżył. A chce żyć. I ten oto mężczyzna mieszkający w miejscu dla bezdomnych, pracujący na etacie chyba pierwszy raz w życiu (utrzymał pracę już 8 miesięcy), otrzymujący około 400 zł wynagrodzenia, gdyż resztę zabiera komornik, powiedział mi, że teraz jest szczęśliwy. Nie zastanawia się co było wczoraj, ma podstawy bytowe, ma trzeźwy kontakt ze swoimi dziećmi. I gdy jedzie na rowerze po bezdrożach i lasach czuje, że wszystko jest takie jakie być powinno. I ten facet akurat nie udaje.

Obaj moi pacjenci sprowokowali mnie do stwierdzenia, że jestem po prostu szczęśliwa. To jest w środku. Mam cudownego męża (wczoraj mieliśmy 8 rocznicę ślubu), dwa wyjątkowe Zajączki, mam dach nad głową, możliwość wykonywania zawodu i zarabiania. Mam regularny kontakt z pięknem przyrody. Nie wiem co będzie kiedyś, ale dziś odczuwam wdzięczność za to co mam. I nawet 12 milionów z kumulacji lotto nie poprawiłoby sytuacji. Raczej by ją pogorszyło – bałabym się, że ktoś mi porwie dzieci, albo coś w tym rodzaju. Nasze życie nie jest usłane różami – raczej jest dość trudne już choćby z powodu chorób Starszego Zaączka. Są i inne kłopoty, ale mimo wszystko jestem szczęśliwa. Bo szczęście to chyba po prostu stan równowagi, zadowolenia z tego co się ma. A dążenie do polepszenia swojej sytuacji nie wynika z zawiści tylko z naturalnego postępu. Gdy człowiek śpi spokojnie, bez wyrzutów sumienia, ma ukochane osoby wokół siebie – jego szczęście jest pełne. A kłopoty? To tylko przyprawa.

Do tej pory byłam przekonana, że miałam w życiu tylko jeden szczęśliwy rok. Ale to nie prawda. Ja tylko nie umiałam znaleźć szczęścia w pozostałym czasie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s