Więź

Kiedyś na blogu komentatorka stwierdziła, iż myślała, że terapeuta nie może mieć emocjonalnego stosunku do pacjenta. Nie wiem jak inni terapeuci i inne szkoły psychoterapii, ale wydaje mi się, że neutralny stosunek do pacjenta postulowali tylko psychoanalitycy. Pacjent miał leżeć na kozetce, terapeuta z tyłu, słuchający jedynie swobodnych skojarzeń, snów i opowieści pacjenta.

W mojej pracy nie da się nic osiągnąć bez nawiązania więzi terapeutycznej. Przychodzi człowiek, który jest przerażony, zestresowany, lekko lub bardziej zmuszony do wizyty, zawstydzony, wystraszony tym co dzieje się z jego życiem, do tego często roztrzęsiony i obolały. Nie wie co mu zrobię, jak będzie wyglądała wizyta. Jeśli nie nawiążę prawidłowego kontaktu, nie dam cienia nadziei i nie dam się strawić w kontakcie, będę niecierpliwa, zajęta czym innym, mało uważna, oceniająca to ten człowiek już nigdy nie przyjdzie. Może tylko do mnie, a może do żadnego terapeuty.

Czyli po pierwsze ten człowiek musi poczuć, że nie zostanie odrzucony, cokolwiek nie powie (no nie do końca to tak działa, są wyjątki) i jak bardzo nie śmierdzi (czas na dyskusje o higienie osobistej jest trochę później), po drugie musi poczuć, że to jest to miejsce i ta osoba, która chce mu pomóc. To jest to co po mojej stronie. Ja za pacjenta nie wytrzeźwieję, po jego stronie są chęci. Po mojej – odpowiedzialność za jakość kontaktu i kompetencje. Jeśli z czymś nawalę, sama chęć niepicia też może wystarczyć nie na długo.

W dalszej części terapii więź z pacjentem jest jeszcze ważniejsza. Gdy mi zaufa, wie, że jestem po jego stronie i chcę mu naprawdę pomóc, dopiero wtedy mogę w terapii mówić rzeczy, których wcześniej i (być może od najbliższych) by nie przełknął. Bo przecież tyle jest do zmiany. Tyle egoizmu lub / i egocentryzmu, braku pokory, nerwowości. Często do korekty są zachowania nacechowane przemocą psychiczną. To z jednej strony. Z drugiej w toku terapii wychodzą na światło dzienne coraz drażliwsze i bardziej intymne tematy: impotencja, przemoc doświadczana w dzieciństwie (w tym seksualna), gwałty, o których nigdy się nie opowiedziało, usunięte ciąże itp. Gdyby nie więź nie byłoby szansy o tym rozmawiać. Nie wystarczy kompetencja. Podczas długiego procesu terapii mamy do czynienia ze wstydem wywołanym własnymi czynami i takim, który wynika z krzywd doznanych. Trzeba poważnie zaufać, żeby mówić o tym jak się najbliższych pokrzywdziło.

A stosunek emocjonalny? Ja inaczej nie umiem. Lubię moich pacjentów. Bardzo rzadko zdarza się, że coś stoi na przeszkodzie podjęcia się terapii. Wtedy trzeba superwizora i przeanalizowania co we mnie jest nie tak. Tylko raz podjęcie terapii nie było do przeskoczenia. Gdybym ich nie lubiła, nie szanowała i nie akceptowała, to by to wyczuli. Przecież i we mnie pojawiają się różne emocje w odpowiedzi na ich opowieści.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s