W butach innego

Pewnie prawie każdy spotkał się z powiedzeniem, że aby kogoś zrozumieć/poznać trzeba przejść wiele/setki/100 mil w jego butach… Jeśli się nie spotkał to zapewniam, że takie powiedzenie istnieje.

Nurtuje mnie bardzo wizyta w urzędzie opisywanym w poprzedniej notce. Wiecie czemu mnie tak bardzo nurtuje? Bo kiedyś byłam pracownikiem socjalnym pracującym na rejonie (trudnym żeby być tu rzetelnym). Gdy tak sobie patrzę w tył to z ręką na sercu muszę napisać: specyfika rejonu (bardzo wielu chętnych do pomocy, bo rejon prawdziwej biedy) oraz ograniczone mocno środki finansowe doprowadziły do tego, że pod koniec pracy na widok klienta miałam dreszcze. Nie, nie byłam nieuprzejma, ale skręcałam się w środku wiedząc, że w wielu przypadkach będę musiała walczyć o zasiłek (w wielu przypadkach przegram z koleżanką, która walczy o zasiłek dla „swoich’ rodzin), czasem zdobywać podpis kierowniczki podstępem itp. Cała ta sytuacja powodowała, że czasem myślałam na widok tej samej osoby znowu wracającej do mnie po pomoc „O matko! Znowu?”. Miałam tak wyprany mózg i brak noża finansowego na gardle, że złościłam się (wewnętrznie, ale nie dam głowy czy jakoś tego nie było widać) gdy przychodził ktoś z malutkim dochodem (przekraczającym jednak kryteria dochodowe pomocy społecznej). Myślałam sobie: „przecież masz tak dużo!” Tak, tak było. Byłam młoda i bardzo mało doświadczona (finansowo, bo w inne doświadczenia życiowe bardzo bogata).

I oto musiałam teraz zmierzyć się sama z takim urzędem. Nie z pomocą społeczną stricte, ale z czymś podobnym. I mam dwie refleksje:

1. Szkoła i studia nie nauczą empatii finansowej. pracownik pomagający nie będzie chyba nigdy w stanie wczuć się w człowieka, który stoi po drugiej stronie jeśli sam nie doświadczy krachu finansowego i nie będzie musiał utrzymywać rodziny za kilkaset złotych (bo reszta idzie na opłaty i zobowiązania). Może się tu zresztą mylę i skorygujecie moje myślenie…

2. Każdy uczeń Kolegiów Pracowników Socjalnych i student pracy socjalnej powinien mieć jako zadanie udać się incognito do swojego ośrodka i zgłosić się po pomoc. Zobaczy wtedy jak czuje się klient. Jeśli trafi na osobę miłą i życzliwą będzie maił dobry punkt odniesienia, a jeśli zostanie zmieszany z błotem, to będzie wiedział czego nie robić. Nie wiem czemu ale zdaje mi się, że nauka na własnej skórze jakoś bardziej zapada w pamięć. Bo w czasie praktyk uczniowskich to wszyscy w Ośrodku (MOPS, GOPS, OPS) są przekochani i prezentują się jako anioły opiekuńcze.

Piszę tu tylko o wymiarze finansowym, bo spotykałam najróżniejszych pracowników socjalnych – w zdecydowanej większość bardzo oddanych swojej pracy, starających się pomagać jak się da (głownie emocjonalnie i doradzając różne mądre i sprytne rozwiązania). Wiecie, klient nie wie, że pracownik socjalny musi iść z papierami i wnioskiem o pomoc do swojego przełożonego i często walczyć o zasiłek. Tak, walczy, argumentuje, błaga. A w tym samym czasie inny pracownik socjalny też walczy o pieniądze dla swojego klienta. Ktoś dostanie, a ktoś nie. A tak jest na co dzień. Środków jest za mało, a potrzebujących za dużo. To też rodzi frustrację i wypalenie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s